piątek, 3 października 2014

Rozdział XXIX – Walizka Pana Schmidt’a

Robiłam dokładnie to co Chris. Kiedy Sullivan wszedł do szopy, biegiem ruszyliśmy do drugiej strony ogrodzenia. Mój przyjaciel szybko przeszedł przez bramę. Kiedy nadeszła moja kolej, poczułam się jak złodziej, ale miałam z tego tyle zabawy. A może czułam się bardziej jak uczeń chuligan, który ucieka na wagary. Kiedy byłam już na granicy, podał mi rękę i pomógł przedostać się na drugą stronę. Tak dawno nie oglądałam ogrodzenia od tej drugiej strony. Okrążyliśmy rezydencję i wkroczyliśmy do lasu. Nie umiem sobie nawet wyobrazić jaki był wielki. Trzymałam się blisko Layne’a, bo podobno już tu był i wie którędy iść… chyba.
Znajdowaliśmy się teraz w ogromnym buszu. To nie był zwykły las. Zupełnie mi się nie podobało tutaj. Miałam takie wrażenie, że zaraz zjedzą mnie robale. Nigdy nie żyłam w zgodzie z naturą. Jestem przyzwyczajona do życia w wielkim mieście. Odganiałam od siebie te przebrzydłe komary. Layne szedł z poważnym wyrazem twarzy. Coś było z nim nie tak. Może jednak nie wiedział którędy iść.
- Przyznaj. Zgubiliśmy się.
- Wcale nie.- zaprzeczył nie patrząc na mnie. Unikał kontaktu wzrokowego jak ognia. Czułam, że ma jakiś do mnie żal, ale nie wiedziałam za co.
- Wcześniej wchodziłeś od drugiej strony, a teraz możesz mieć problem…
- Nie, nie uważam tak jak ty.- burknął odgarniając liście drzew.
- Chris, powiedz o co ci w ogóle chodzi? Zachowujesz się dziwnie. To, że wstałeś lewą nogą i się nie wyspałeś, nie znaczy, że masz się teraz wyżywać na mnie.
- Ja się wyżywam?- uniósł się.
- Może tak ciszej. Nie chcemy żeby nas usłyszał.- zapadła cisza, której długo nie zdzierżyłam.- To powiesz mi o co ci chodzi?
- A może chcesz porozmawiać o tym po pracy, bo nie wiem czy wiesz, ale w tej chwili prowadzimy śledztwo, a ty mnie rozpraszasz. Ciągle zrzędzisz na owady i gadasz mi nad uchem, że się zgubiliśmy, a jesteśmy tu dopiero od dziesięciu minut. Więc radziłbym profesjonalnie do tego podejść i zająć się tym co najlepiej ci wychodzi.- odpowiedział sucho. A mnie zamurowało. Nie wiedziałam co o tym myśleć. Jednak to poskutkowało, bo się zamknęłam.

Christopher się jednak nie pomylił, ponieważ po jakimś czasie naszym oczom ukazała się stara leśniczówka. Uprzedził mnie jednak, że nie ma w niej czego szukać. Od Hendersona dowiedział się, że nie ma tam nic ciekawego. Był to zwykły kącik myśliwski Pana Schmidt'a. Jednak moja ciekawość ciągnęła mnie do tej dość sporej chatki. Podbiegłam do drzwi i nacisnęłam na klamkę. O dziwo, były otwarte. Chrisa też to zaskoczyło. Teraz to i on był ciekawy co jest w środku. Na palcach weszliśmy do środka. Podłoga z drewnianych paneli skrzypiała pod naszymi stopami jakby pod nimi znajdowała się pusta przestrzeń. Wszędzie było brudno. Na ścianie wisiały głowy martwych niedźwiedzi co mnie zniesmaczyło. Baaardzo ciekawe hobby. Co mnie zaintrygowało na stoliku leżał talerz z takiej samej zastawy, z której jemy codziennie posiłki. W dodatku okruszki oraz resztki wydawały się na dość świeże. Nagle usłyszałam dziwne szmery. Nie mogłam do końca zlokalizować skąd pochodzą, ponieważ były jakby takie… przytłumione.
- Chris? Słyszysz to samo co ja?- spytałam.
- Nie… A powinienem?
- A co Państwo tu robicie?- z drugiego pomieszczenia wyjrzał do nas Henderson.
- A ty? Pan?- szybko się poprawiłam. Po tym co zaszło między nami, a raczej co mogło zajść, nie chciałam mieć z nim już nic do czynienia. Być może jego obecność tu jest spowodowana tym, że szukał tego majątku, o którym mi Layne opowiadał.
- Co tu się dzieje?- w wejściu do chatki stanął Sullivan.
- A Pan co tu robi?- wybałuszył oczy mój pomocnik.
- Zauważyłem w oknie od szopy Państwa jak przez ogrodzenie przechodzicie, więc poszedłem Państwa śladem. Przepraszam za szpiegowanie, ale byłem ciekawy co detektywi mogli robić poza terenem rezydencji skoro sami innych przed tym przestrzegają…
- Was wszystkich tu nie powinno być.- powiedział Henderson.- To jest moja sprawa i sam muszę to zrobić. Ktoś tu był. Jak chciałem włożyć klucz, to drzwi były już otwarte.
- To musiał być Brown.- pomyślałam na głos.
- A skąd Pan ma klucz?- zdziwił się ogrodnik. Brunet mu nie odpowiedział. Zwrócił się raczej do mnie.
- Być może pomógł sobie tym łomem, bo chyba go zapomniał.- Logan wziął do ręki łom, który przyniósł z pomieszczenia, w którym wcześniej przebywał.- Skąd go miał?
- O rany…- skrzywił się Sullivan.- To jest mój łom. Dałem go Terencowi. Nie chciał mi powiedzieć do czego są mu potrzebne te narzędzia, ale dałem mu je, ponieważ też chciałem być pomocny tak jak on dla mnie kilka razy. Ale on przecież nic złego by nie zrobił.- dodał.
- Co Pan jeszcze mu dał?- spytał Layne.
- Prócz łomu to śrubokręt i łopatę.- odpowiedział.
- Łopatę?- powtórzył Logan wybiegając z leśniczówki.- Trzeba go szybko znaleźć!
Próbowaliśmy nadgonić jakoś Hendersona, ale biegał bardzo szybko. Miałam na sobie zwyczajne wygodne obuwie, więc nie było mi ciężko. Ostatni za nami biegł Sullivan. Potem zwolnił, chyba się zmęczył.
- Tam go widzę!- zasygnalizował Chris wskazując palcem na polanę.
- Aha!- wrzasnął Logan przyłapując starego mężczyznę na gorącym uczynku. Kiedy nas wszystkich zobaczył, zbladł na twarzy. Spojrzał pytająco na Sullivana, ale ten tylko wzruszył ramionami. Lokaj puścił łopatę, która po sekundzie padła na ziemię. Wykopał już spory dół, a w nim chyba coś było…
- To wcale nie tak.- zaczął się tłumaczyć.
- Jak nie tak? A jak wytłumaczysz to co widzę, ha?! Chciałeś zakopać kotleta z wczorajszej kolacji i przypadkiem natrafiłeś na to?- wściekły Henderson wyjął z dołka czarną walizkę. Otrzepał ją z ziemi, a następnie rękę wytarł o jeansowe spodnie.
- Przepraszam, ale nie miałem innego wyjścia. Mam kłopoty finansowe, zadłużenia. Dotknęła mnie zła passa. Wiecie Państwo, że obstawiam w wyścigach konnych. Zawsze dobrze mi się wiodło, ale teraz… aż żal mówić.- kiedy tak się tłumaczył, zauważyłam kąta okiem jak Logan potajemnie odkleja jakąś kartkę od walizki i wkłada ją do kieszeni.- Nie miałem od kogo pożyczyć.
- Nie mógł Pan poprosić Pana Kendalla o pożyczkę?- zadał mu pytanie Chris.
- Nawet bym nie umiał. To tak głupio brać od szefa pieniądze. W dodatku Pan Schmidt ma teraz swoje problemy. A kiedy przypadkiem podsłuchałem Pana i Pana Hendersona to znalazłem nadzieję. Wkradłem się podczas śniadania do jego sypialni i przestudiowałem mapę. Potem poprosiłem Kaydena o pomoc. Nie chciałem zabierać wszystkiego. Tylko tyle ile było mi potrzebne…
- Czyli ile?- spytałam.
- Pięć tysięcy dolarów.- odpowiedział ze spuszczoną głową.
- Wie Pan co?- podszedł do niego bliżej Logan.- Trzeba było pogadać o tym ze mną to bym Panu dał te pieniądze.
- Serio?- zdziwił się wyraźnie.
- Gdyby Pan Schmidt żył z pewnością by tak postąpił. Tylko jest jeden problem. Walizka jest zamknięta, wiec mogę to zrobić dopiero gdy ją otworzę. A na razie lepiej będzie jak wszyscy wrócimy do rezydencji przed śniadaniem zanim ktoś się spostrzeże, że nas nie ma.

Wszyscy przyznaliśmy mu rację. Brown wziął się za zasypywanie z powrotem dołka. Wkrótce wróciliśmy do ogrodu niepostrzeżeni. Kamerdyner odniósł narzędzia do szopy. Sullivan chciał już się wziąć za usuwanie trawy ze ścieżek, ale najpierw Layne go zawołał. Nasza piątka stanęła w kółku.
- Mam rozumieć, że zapominamy o tym co widzieliśmy?- spytał ogrodnik.
- Tak. Obiecajmy sobie, że to do czego doszło zostanie tylko w tym kręgu. Nikt więcej nie powinien się o tym dowiedzieć. I kończymy ze spacerami do lasu póki sprawa się nie rozwiążę. Panie Henderson, Pana to szczególnie się tyczy.- powiedział Chris.
- Ja już swoją misję wypełniłem.- klepnął walizkę.
- To mogą się Państwo już rozejść.- po tych słowach ogrodnik zabrał się za pracę, a Terence wrócił do domu żeby zdążyć pomóc Martinez w jadalni.
- Niech Państwo pójdą ze mną.- poprosił nas brunet. Szedł z tą zdobyczą tak jakby tam była co najmniej bomba i szykował się na atak terrorystyczny. Weszliśmy po schodach na trzecie piętro do jego sypialni. Zamknął za nami drzwi, a następnie położył walizkę na biurku.
- To po co nas Pan tu sprowadził?- spytałam.
- Kiedy będę otwierał ją, przydaliby się świadkowie, którzy potwierdzą, że nie zabrałem stąd niczego co do mnie nie należy.- byłam pod wielkim wrażeniem tak uczciwego człowieka. Wyjął z kieszeni kartkę, którą wcześniej odkleił.
- Co to jest?- skinął głową Layne w stronę tego co trzymał w ręce.
- Wskazówka jak otworzyć walizkę. Ahh… same znalezienie to nie była już wystarczająca zagadka?- rozwinął papier.- Moje ostatnie słowa otwierają walizkę.- przeczytał.- Wow, naprawdę wiele mi to mówi.- zironizował.
- Słowa? Przecież potrzebne są cyfry.- pomyślałam na głos.
- Pan był przy jego śmierci.- zaczął Layne.
- Tak, ale to się nie zgadza.- przerwałam mu.- Najpierw przecież zakopał walizkę, a potem umarł. Kiedy dostał zawału nie powiedział przykładowo 1257…- podniosłam się. Tak mi się lepiej myślało. Zaczęłam chodzić w kółko.- Zacznijmy od początku. Potrzebujemy czterech cyfr. Raczej nikomu tego nie powiedział innemu skoro powierzył tą sprawę Panu, ale nie ma Pan przecież pojęcia o co chodzi. Co on sobie myślał gdy pisał tę wskazówkę?
- Że musiał pewnie wcześniej gdzieś zapisać ten kod.- odrzekł Layne.- I był pewny, że Pan jest taki mądry i na pewno odnajdzie rozwiązanie.
- Zajęłoby mi to z pewnością sporo czasu, dlatego proszę o pomoc.- odpowiedział.- Przecież nie podważę walizki łomem. Widzę przecież, że to była jego służbowa walizka. To pamiątka...
- Zatem te ostatnie słowa…- kontynuowałam.- Nie muszą być dosłownie ostatnimi słowami. To musi być miejsce gdzie zapisał ten kod i wiedział, że to będzie to akurat ostatnie miejsce. Ostatnie słowa jakie mógłby zapisać.
- No przecież!- ożywił się Chris.- Chodzi o testament. Ostatnie słowa, ostatnia wola i prośby… A jeśli chodzi o cyfry to musi być to kod seryjny testamentu. Być może cztery ostatnie cyfry to właśnie kod do walizki.
- No tak!- przyznałam mu rację.- A w telefonie masz zdjęcie testamentu.
- Z tego co pamiętam to nie mam numeru dokumentu, ponieważ mi się uciął gdy robiłem zdjęcie, nie zmieścił się. Chciałem zrobić drugie, ale padła mi komórka. Dlatego numer zapisałem oddzielnie na kartce. Wiedziałem, że kiedyś może mi się to przydać.- uśmiechnął się.
- Czyli wkradli się Państwo do tego gabinetu?- podsumował nas Henderson.
- A czy to teraz ważne?- spytałam.- I ani słowa Panu Kendallowi.- zagroziłam mu palcem, a on natychmiast przytaknął.







* Jeszcze jeden rozdział i będzie 30 :) Ale jeszcze 10 i koniecNie chce mi się nic pisać. Ostatni omam takiego lenia, że hej. Wybaczcie za to. Zachęcam do komentowania, a jeśli ktoś czyta naszego bloga z Betty to znajdzie tam kolejny rozdział --> ninasimons.blogspot.com

No i do piątku oczywiście :)