piątek, 28 listopada 2014

Rozdział XXXVII - Koniec sprawy

Miałam teraz po raz pierwszy okazję zobaczyć jak wygląda Elizabeth Schmidt. Z początku zaginiona żona Kendalla, która potem pożegnała się w przykry sposób w zwykłym liście. Ale ona teraz stała tu i nie wyglądała jakby wracała z Majorki. Wprost przeciwnie. Nosiła brudne, porwane w niektórych miejscach ubrania. Włosy miała potargane, a na jej ciele było mnóstwo ran i zadrapań. Wyglądała jak wrak człowieka. Wyniszczona, wygłodzona, zziębnięta…
- Elizabeth?!- powtórzył Schmidt.- Co ci się stało?
- Co ty tu robisz?- zdenerwował się Kayden.
- Zaskoczony?- założyła ręce.
- Co jest grane?- spytał blondyn.
- Już ci mówię. Tego dnia gdy twoja mama umarła… Ja byłam świadkiem zbrodni. Nie bezpośrednio. Siedziałam wtedy w sypialni przy oknie. Widziałam jak Kayden wychodzi przez okno, a on mnie zobaczył. Kiedy wszyscy byli pochłonięci Panią Schmidt, zakradł się do twojej sypialni i mnie uśpił przykładając coś do nosa. On mnie zmusił do napisania tego listu żebyś dał sobie spokój z poszukiwaniem! Wybaczysz mi?
- Tak.- kiwnął głową.- Ale skąd się tu wzięłaś? Gdzie cię ten drań przetrzymywał?
- A czy to ważne?- wciął się ogrodnik.
- Zamknij się!- uciszył go. Na wszelki wypadek Layne, Pena i Henderson otoczyli Sullivana czy tam też Stevens’a.
- Przetrzymywał mnie w lesie, w leśniczówce twojego ojca.- odpowiedziała.
- To niemożliwe!- odezwał się Henderson.- Byłem tam trzy razy. Przecież bym cię znalazł.
- Pod dywanem jest klapa w podłodze. Tam na dole jest pomieszczenie, w którym byłam przetrzymywana. Słyszałam cię jak wchodziłeś. Szarpałam się i chciałam coś powiedzieć, ale nie mogłam, bo byłam związana.- ja też tam byłam i słyszałam jakieś przytłumione dźwięki, ale nie wiedziałam wtedy, że stoję nad pokojem, w którym więziona była Elizabeth. A mogłam się rozejrzeć… Teraz pluję sobie w brodę.
- No tak!- powiedział Layne.- Pamiętasz Larra? Też tam byliśmy. Zjawił się nagle Kayden, który niby nas śledził, a tak naprawdę chodził tam cały czas, aby dopatrywać jej. Szybko nas wykurzył i skromnie zasugerował żebyśmy już tam nie chodzili. Więził ją tam, bo mógł szybko też zjawić się na miejscu, dlatego nie mogło być to daleko. Nikt go nie podejrzewał.
- A mogłem cię od razu zabić, szmato!- rzucił Kayden.
- Nie odzywaj się tak do mojej żony!- syknął przez zęby Schmidt.
- Traktował mnie jak psa! Przychodził nad samym ranem, raz dziennie. Dał coś do zjedzenia i picia i tak przez prawie miesiąc!
- A miałem was dzisiaj oboje zabić!- ryknął Kayden.- Wszystko by mi się udało gdyby nie ci żałośni detektywi!- nie wiem czemu, ale w tej chwili Pena się uśmiechnął.
- Gra skończona, Panie Stevens.- powiedziałam triumfalnie, a Layne poszedł wezwać policję.- Ogłaszam koniec sprawy.
- Nie! Nie tak miało to wszystko wyglądać! Miałem być bogaty! To wszystko miało być moje! Już do końca życia miałem być…- urwał. Zrobił się czerwony na twarzy.- Po…mo...cy!- zaczął się zapowietrzać i dusić. Złapał się za gardło i patrzył zdesperowanym wzrokiem. Wszyscy wiedzieli co to oznacza. Miał atak astmy. A Kendall uśmiechnął się jakby wygrał los na loterii.
- Panie Schmidt!- zwróciłam się do niego.- Był Pan kupić inhalator!
- Kupiłem, ale mu nie dam.- założył ręce.
- Przecież on się udusi!- powiedziała Martinez.- Tak nie można!
- Ależ można, Doro!- spojrzał bez żadnych uczuć na duszącego się Kaydena. Nikt nie wiedział co zrobić. Martinez nie wytrzymała tego widoku i uciekła na zewnątrz. Sullivan był mordercą, ale nie wiem czy zasługiwał na taki los. Nikt nie wiedział jak się zachować, bo bez inhalatora nikt nie umiał mu pomóc.
- No Kendall! Bo go zabijesz!- odezwał się Henderson, a Maslow złapał się za głowę.- Daj mu ten cholerny inhalator!
- Nie!- podszedł do leżącego już ogrodnika na kanapie. Bezczelnie pochylił się nad nim.- Zdychaj w męczarniach, skurwysynu…
- Pani Elizabeth!- odezwałam się.- Niech Pani przemówi mężowi do rozsądku!
- Niech mój mąż robi to, co uważa za słuszne.- złapała go za rękę, a ja spojrzałam bezsilnie na Layne’a. Ja też już nie mogłam patrzeć jak ten człowiek się męczy i słuchać tych dźwięków. Pena też wymiękł i wyszedł. Nawet nie patrzyłam w stronę Kaydena żeby zobaczyć w jakim jest stanie. Nie chcę, aby śnił mi się po nocach ten widok.
- Nie no po prostu zmuszasz mnie do tego!- podszedł do niego Layne.- Logan, pomóż mi!- zwrócił się do niego po imieniu z zaistniałej sytuacji. Ten się zgodził. Schmidt zorientował się, że oboje zmierzają do niego, więc wycofał się do tyłu, ale trafił na przeszkodę jaką był Maslow. Layne złapał go od tyłu co sprawiło mu trudności, bo ten się wierzgał. Henderson natomiast dobrał mu się do spodni. Wiem jak to brzmi i jak to mogło wyglądać, ale taka była konieczność. Wsadził rękę do jego kieszeni i chciał wyjąć z niej inhalator, ale Kendall podniósł nogę zginając kolano i brunet oberwał w oko. Syknął z bólu łapiąc się za nie. Do akcji wkroczyłam ja, bo nie uważam żeby Schmidt mógł uderzyć kobietę, jednak zaryzykuję. Udało mi się wyciągnąć go z kieszeni. Podbiegłam do kanapy z wszelkimi nadziejami, ale…
Odwróciłam się i schowałam twarz w dłoniach. Layne podszedł do mnie i położył rękę na ramieniu. Było już za późno. Logan wyszedł wciąż trzymając się za oko, a Maslow za nim. Schmidt stał w miejscu z założonymi dłoniami czerpiąc satysfakcję z tego widoku.
- Zdajesz sobie sprawę z tego co zrobiłeś?- spytał go Layne.
- Niczego nie żałuję.- nic a nic się nie tym nie przejął. Wziął ode mnie inhalator i go połamał trudząc się przy tym. Następnie otworzył okno i wyrzucił kawałki.
- I uważa Pan to za koniec sprawy?- spytałam niedowierzając.
- Sama przecież tak Pani powiedziała.- odpowiedział, a następnie wyszedł z gabinetu razem z żoną.

Na miejsce przyjechała policja i karetka. Ciało sprawcy wywieziono, a policja zabrała Schmidt’a ze sobą na komisariat. Nie wiem czy dostanie jakiś wyrok. Nie znam się na prawie. Działał jednocześnie z premedytacją, ale i pod wpływem emocji. Sąd oceni. Jego żona też pojechała złożyć zeznania dotyczące uprowadzenia. Maslow polecił Schmidt’owi dobrego prawnika za co wdzięczny był mu Henderson mimo, że wciąż nie pochwalał zachowania przyjaciela. Jednak ich spór, dwóch dawnych pracowników został zażegnany. Logan wyciągnął do niego dłoń i pozwolił wrócić do firmy na stanowisko zastępcy. Pena pożegnał się ze wszystkimi i wrócił do domu. Maslow i Henderson podeszli do nas.
- No i wygląda na to, że w końcu mogę wrócić do domu.- powiedział szatyn.
- Niech Pan dba o siebie.
- Czas spędzony tutaj pozwolił mi zmienić swoje życie i głównie muszę Państwu za to podziękować.
- Do prawdy, nie ma za co.- odpowiedział Layne.
- Na mnie już czas. Halston przyjechała.- zdrową ręką odebrał wiadomość. Wyszedł z rezydencji, a Terence jeszcze mu pomógł.
- Wygląda też na to, że wszystko za nami.- założył ręce Henderson.- Kto wie może kiedyś się jeszcze spotkamy, ale już nie w takich okolicznościach tylko może tutaj w salonie przy herbacie.
- Zobaczymy…- posmutniał Chris. Zauważyłam, że o czymś myśli.
- Do widzenia, Chris.- wyciągnął do niego rękę uśmiechając się subtelnie.
- Do widzenia, Logan.- uścisnął ją. Chyba to wszystko trochę zbliżyło ich do siebie. A pamiętam jeszcze jakie były początki. Uniósł na chwilę kąciki ust.
- Cześć, Larro Laylo Lawson. Będę zawsze pamiętał te potrójne L.- uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Miło było cię śledzić.- zażartowałam.- Cześć.- po tych słowach i on pojechał do domu.

Oboje już spakowani wyszliśmy z rezydencji. Layne spakował walizki do samochodu. Wsiadłam od strony pasażera. Po chwili ruszyliśmy, a ja przez szybę patrzyłam jeszcze na ten dom, na rezydencję rodziny Schmidt. Spojrzałam na zegarek. Zbliżał się już wieczór, słońce zachodziło. W końcu dojechaliśmy do centrum Seattle prosto pod mój dom. Layne pomógł mi z walizką i odprowadził po same drzwi.
- Dziękuję.- powiedziałam.- No to do jutra u Borrowmana, aby zebrać pochwały i napisać raport.
- Larra…- urwał jakby zastanawiał się co powiedzieć.- Będziesz musiała sama napisać ten raport.
- Ale oboje rozwiązaliśmy sprawę. Bardzo mi pomogłeś. Gdyby nie ty w wielu kwestiach to…
- Nie o to chodzi.- przerwał mi.- Postanowiłem, że jutro wyjeżdżam z powrotem do Miami.
- Ale dlaczego?- tego to się po nim nie spodziewałam.- Sam widzisz, że tu w Seattle też są ciekawe sprawy. Kiedy tu przyjeżdżałeś byłeś pełen energii, a teraz… Co się stało?
- Zdałem sobie sprawę, że nic mnie tu nie trzyma, a raczej nikt.- pokręcił głową.- W Miami będzie mi lepiej. Tam jest mój dom. No nie wiem co ci jeszcze mogę powiedzieć.
- Rozumiem.- opuściłam głowę. Szczerze to zrobiło mi się strasznie przykro, bo teraz nie wyobrażałam sobie współpracy bez niego. Myślałam, że tak już będzie zawsze, a tu takie rozczarowanie.
- No to w takim razie żegnaj Larra. Fajnie mi się z tobą pracowało.- powiedział dziwnym tonem głosu.
- Żegnaj Chris. To była wspaniała przygoda…- przytuliłam się do niego mocno. Po chwili go puściłam, a on odwrócił się, aby już tego nie przeciągać. Tak na niego patrzyłam kiedy zdałam sobie z czegoś sprawę. Z czegoś ważnego.- Chris!- zawołałam go podbiegając do niego.
- Tak?- odwrócił głowę pełny nadziei.
- Nadal trzymasz moją walizkę. Oddaj mi ją.- wyciągnęłam rękę.
- A… Proszę.- odrzekł z rezygnacją.- To jeszcze raz, wszystkiego dobrego.
- Trzymaj się.- pomachałam mu kiedy odjeżdżał samochodem, ale już wtedy nawet na mnie nie spojrzał…

Otworzyłam drzwi od mieszkania. Jakoś nie czułam się teraz dobrze wchodząc do niego. W przeciwieństwie do rezydencji, tu wchodziłam do pustego mieszkania. Przypomniało mi się jak naprawdę wygląda moje życie. Ciągła praca. Do tego domu przychodziłam tylko po to, aby zjeść, umyć się i pójść spać, a następnie znowu wyjść do pracy. I tak w kółko. Ale teraz to we mnie spotęgowało. Nie czułam się dobrze sama ze sobą. Z nikim nie mogłam porozmawiać, pośmiać się, pożalić z problemów… Ogarnęłam się i poszłam do sypialni. Położyłam się w moim łóżku. Bałam się zasnąć, bo nie wiedziałam o czym mogę śnić. Myślałam, że teraz moje myśli będą krążyć wokół martwego Kaydena, ale tak naprawdę teraz myślałam intensywniej o kimś innym.
Nazywam się Larra Lawson. Jestem detektywem i rzadko się mylę, ale teraz popełniłam największy błąd swojego życia…

Następnego dnia zjawiłam się w gabinecie szefa. Borrowman czekał już na mnie. Mogłam tylko się spodziewać co ma mi do powiedzenia i nie myliłam się. Słuchałam tych słów bez żadnej satysfakcji, ale przecież o to mi cały czas chodziło. Żeby rozwiązać zagadkę, znaleźć rozwiązanie… a gdy to nadeszło, to nic. Nie potrafiłam się z tego cieszyć, ale to nie znaczy, że nie byłam z siebie dumna. Udowodniłam, że dobry ze mnie detektyw.
- Jeszcze raz należą się gratulację.- wyrwał mnie z zamyślenia jego głos.- Mam dla ciebie niespodziankę. Co ty na to żebyś została głównym detektywem oddziału? Najlepsze sprawy pójdą od razu w twoje ręce.
- Naprawdę? Jestem zaskoczona.- nie spodziewałam się tego. To dla mnie wielka szansa, a zawsze myślałam, że kto inny ją dostanie.- Myślałam od zawsze, że to stanowisko należy się Robertowi.
- Robert zostanie wysłany do innego oddziału. W sumie teraz to nie widzę nikogo lepszego na tym stanowisku. Ale w pośpiechu nie podejmuj tej decyzji. Masz czas.- uprzedził.
- Już ją podjęłam…

* Christopher *

Dwa tygodnie później

Jakiś czas temu dzwonił do mnie Logan. Dowiedziałem się od niego, że Kendallowi postawiono zarzut, ale nie skończyło to się tragicznie, ponieważ dostał zaledwie trzy miesiące pozbawienia wolności. Kendall kierował się emocjami. Zawsze był wybuchowy i się nie kontrolował. Jednak to co zrobił to tak jak słyszałem, nazwali premedytacją. Dzięki części z reszty pieniędzy, które zostały Loganowi oraz dzięki pomocy Maslow’a wynajęli najlepszego prawnika. Sam Schmidt zamierza sprzedać rezydencję i wrócić z żoną do Los Angeles kiedy wyjdzie z aresztu. Teraz w międzyczasie mieszka tam Elizabeth, która spodziewa się jego dziecka. Pomimo tego jak się zachował, rozumiemy go i mamy nadzieję, że poukłada sobie życie i założy rodzinę. Zasługuje na to. Na razie jego sprawa nie dotarła do mediów. Ucichła i lepiej żeby tak zostało…
A z Larrą nie miałem kontaktu od tamtego czasu. Może to i dobrze. Pamiętam z jakim bólem się z nią żegnałem i jakie to było ciężkie. Muszę w końcu o niej zapomnieć, ale nie wiem czy potrafię.

Odłożyłem telefon i zająłem się tym co przedtem. Siedziałem w pracy przy biurku kończąc raport za przyjaciela, który koniecznie musiał się wymknąć do szpitala, bo jego syn złamał nogę. Nagle zostałem wezwany do szefa Forres’a. Ciekawe co tym razem ode mnie chce. Ostatnio wzywa mnie z byle powodu co mnie już męczy, a przecież mógłby się wysłużyć asystentką, a nie mną.
- Wołał mnie Pan?- spytałem.
- Tak, usiądź. Mam dla ciebie nową sprawę.- podał mi teczkę.
- Zabito handlarza narkotyków? Może to sprawa mafii...- wywnioskowałem z początkowych informacji.- Kogo dostanę do pomocy?
- Ma się dzisiaj u nas zjawić detektyw wysłany na stałe do naszego wydziału. Niejaki Robert Nelson. Jest z nami tu umówiony na pierwsze spotkanie.- akurat w tym momencie ktoś zapukał do drzwi.- Otwarte!
Spojrzałem w stronę drzwi, bo być może to mój nowy partner. Chciałem zobaczyć jak wygląda i jakie sprawia pierwsze wrażenie. Jednak ten widok mnie zaskoczył i to bardzo mile zaskoczył. Przecież ja dobrze znam tą osobę.
- Witam. Mam nadzieję, ze jestem na czas.- powiedziała.
- Larra? Znowu jesteś z nami?- ucieszył się Forres.
- Larra? Co ty tutaj robisz?- spytałem.
- Robert niestety awansował, a ja zgłosiłam się na jego miejsce.- podała mojemu szefowi jakieś papiery. Pewnie z wyjaśnieniami od Borrowmana. A ja wciąż nie mogłem uwierzyć w to co widzę. Spojrzała się na mnie i uśmiechnęła szeroko jak nigdy. Poczułem ciepło w sercu.- Historia lubi się powtarzać.
- No dobrze.- odpowiedział patrząc w papiery.- To witamy z powrotem w załodze.- podali sobie ręce.- A teraz możecie już iść. Mam masę pracy.- wyszliśmy z gabinetu.
- Larra…- zacząłem.- Przyznaj, że to ty dostałaś ten awans, a nie Robert.
- Zamieniłam się.- odpowiedziała.
- Dlaczego?
- Bo też zdałam sobie sprawę, że nic nie trzyma mnie w Seattle. A raczej nikt.- spojrzała mi prosto w oczy. Nie mogłem uwierzyć w to co słyszę. Nie chciała mi powiedzieć tego wprost, ale jednak zrozumiałem co jej chodzi po głowie i sercu. Wymieniliśmy się nieśmiałymi uśmiechami.- A może tak pogadamy w końcu w miłej atmosferze przy jakiejś kawie?
- Bardzo chętnie.- odpowiedziałem. Podałem jej teczkę, a następnie wyszliśmy na lunch.

Czy mówiłem już, że ta kobieta jest dla mnie zagadką? Ciężko było mi ją rozgryźć. Najpierw mnie spławiała i dogryzała, a teraz rzuca dla mnie wszystko, bo jednak jej na mnie zależy. Czy to nie dziwne? Czy to ma sens? Wciąż się zastanawiam jak mogło do tego dojść. Doszedłem do wniosku, że żadna sprawa, której się teraz z Larrą podejmiemy, nie będzie tak skomplikowana jak miłość. Jestem jednym z najlepszych detektywów. Rozwiązałem w swoim życiu wiele dziesiątek śledztw, lecz nigdy nie uda mi się rozwiązać zagadki miłości. A może ty znasz na nią odpowiedź?



KONIEC 




____________________________________________________________________________

Moi drodzy Czytelnicy,
Kiedyś musiał nadejść ten dzień. Przeczytaliście właśnie ostatni rozdział tego bloga. Pamiętam jak w marcu narodził się w mojej głowie pomysł na bloga detektywistycznego. To wzięło się znikąd i tak nagle. W moich wyobrażeniach ukształtował się jeszcze niekonkretny plan. Pierwsze zarysy planu wydarzeń, postacie, przebieg śledztwa i motyw mordercy. Teraz kiedy piszę to, jestem z siebie taka dumna, ponieważ była to jedna z tych rzeczy jakie chciałam napisać jako blogerka. Podzielić się z Wami właśnie takimi wątkami, których w tej "blogerowni" jest mało. Może ktoś kiedyś sprawi mi taką przyjemność i napisze własny blog detektywistyczny żebym ja też poczuła się jak detektyw. Tylko od innej strony żebym nie znała sprawcy :)

Dziękuję każdemu z Was po kolei za to, że dołączyliście do grona tego bloga. Każdy komentarz bardzo mnie cieszył. Ten blog na zawsze zostanie w moim sercu. Pamięć o nim nie zniknie :D Oczywiście tego bloga nie usuwam. Kto wie? Może ktoś jeszcze na niego trafi. Możecie już przestać go obserwować :P
Przeczytałam go jeszcze raz od początku do końca i ... to jest cudowne :D Nie żebym się chwaliła... jestem skromną osobą. No dobrze, kończę już przynudzać :P

Chciałabym się z Wami teraz podzielić CIEKAWOSTKAMI o tym blogu:

1. Imię lokaja ( Terence ) wzięłam z chyba dobrze Wam znanej wszystkim gry Angry Birds. Ten większy czerwony ptak tak się właśnie nazywa :D
2. Nie wiem czy zauważyliście, ale w adresie bloga jest błąd. Women ( kobiety ) to oczywiście liczba mnoga. Literki "a" na samym początku być nie powinno. Wprowadziłam ten błąd specjalnie, ponieważ adres, który chciałam założyć ( a próbowałam serio dużo razy i nic, więc byłam zła) był już zajęty. Adres początkowo miał się nazywać tak jak tytuł bloga, ale też już mnie ktoś uprzedził. Grr :)
3. Napisałam tego bloga w przeciągu jednego miesiąca!
4. Postaci Chrisa Layne'a twarz "użyczył", według mnie, jeden z najprzystojniejszych aktorów Jesse Metcalfe. Jest cudowny i idealnie pasował do tej postaci. Popatrzcie w te oczy *.*
 

Taki suchy żarcik z mej strony na rozluźnienie...
" Kiedy Chris myślał, że do sypialni wchodzi Larra, a tu Henderson :D ( patrz gif na dole)


Zostawiliście na tym blogu jak dotąd 350 komentarzy, cudowne wspomnienia i myślę, że dobrze czytało Wam się tego bloga. Marta napisała mi pod ostatnim postem, że napisze komentarz podsumowujący za całokształt. Byłabym wdzięczna gdyby każdy z Was napisał coś od siebie. Co szczerze myśli i jakie ma wrażenia po przeczytanej całości. Miło byłoby też poczytać jakie wątki najbardziej Wam się podobały i co utknęło najbardziej w pamięci. Pod tym rozdziałem zrobię wyjątek i odpowiem na KAŻDY komentarz :D

No i teraz to wszystko co chciałam powiedzieć. Żegnajcie moi drodzy. To, że żegnam się z Wami tutaj, nie znaczy, że w ogóle.  Przecież mam jeszcze inne blogi i nawet NOWY BLOG! 
Tak właśnie. Coś się kończy, coś się zaczyna. Zapraszam Was już w tej chwili na...
THE WAY TO NOWHERE ( http://without-prospects.blogspot.com ) Kto ciekawy niech zajrzy :D A mam nadzieję, że zajrzycie :)

Pozdrawiam i przesyłam całusy, Marla S

piątek, 21 listopada 2014

Rozdział XXXVI – No strzelaj!

Nie usłyszałam momentu, w którym Schmidt przekręcał klucz w zamku. Gdy usłyszałam jak się wydarł, odskoczyłam od Layne’a jak oparzona i wróciłam na ziemię. Zdałam sobie sprawę jak to wszystko wygląda z jego strony. Najpierw zakazuje wchodzenia do gabinetu, a następnie przyłapuje detektywów w tym owym pomieszczeniu całujących się, a na podłodze leżą porozwalane papiery. Ja szybko zaczęłam je zbierać, a Chris stał jak zaczarowany w miejscu myślami zupełnie gdzie indziej. Dopiero drugi wrzask Schmidt’a go obudził.
- Mówiłem wam, że nie życzę sobie żadnych gości w tym gabinecie!- zrobił się lekko czerwonawy na twarzy ze złości.
- Przepraszamy.- powiedział Layne, choć nie wyglądał jakby mu było z tego powodu przykro.
- Macie gdzieś moje zdanie i zbezcześciliście to miejsce! Ja nie będę tego po raz kolejny tolerować! Mam już dość tego, że nikt nie liczy się z moim zdaniem! Odwołuję to co powiedziałem! Wszyscy macie wrócić do swoich domów. Ja mam tego dość! Po tąd mam was wszystkich!- przeciął palcem swoje czoło.
- Nie będzie takiej potrzeby żeby nas wyrzucać, ponieważ sami możemy stąd wyjść.- powiedziałam.- Dlaczego? Od razu wyprzedzę Pana pytanie. Wiemy kto zabił Pana matkę.- natychmiast złagodniał wyraz jego twarzy, ale zmarszczył brwi.
- Kto?
- Proszę zwołać wszystkich tu, do gabinetu.- powiedziałam, a on tylko kiwnął głową i wyszedł. Już miał to zupełnie gdzieś czy jesteśmy w jego gabinecie, a wystarczyło mu powiedzieć kilka tych prostych słów.
- A co do tego pocałunku…- zaczął Chris.
- Layne, on nic nie znaczył. Zrobiłam to pod wpływem chwili.- wyjaśniłam.- Nie powinnam tego robić, ale za bardzo mnie poniosło, bo mi zależało na rozwiązaniu tej sprawy.
- Ale jak to?- posmutniał wyraźnie.- Przecież…- nie dokończył mówić, ponieważ domownicy zaczęli się schodzić do gabinetu. Wszyscy zajęli już swoje miejsca.
- Dlaczego gromadzimy się tutaj a nie w bibliotece tak ja zawsze?- spytał odmieniony Maslow.
- Ponieważ tu wszystko się zaczęło i tu wszystko się skończy. My już wiemy kto zabił Panią Schmidt.- byłam taka podekscytowana dając im tą informację, ale wszelkimi siłami starałam się zachować powagę.- Mimo to wolałabym, aby Brown i ty Chris usiedli obok Schmidt’a.
- A to dlaczego?- spytał zniecierpliwiony Kendall.
- Ponieważ jest Pan wybuchowy i boimy się Pańskiej reakcji.
- Poradzę sobie. Nie trzeba.- uniósł ręce na wysokości swoich ramion dając znać wszystkim dookoła, że nikt ma się do niego nie zbliżać. Layne i tak stanął obok niego. Wyglądał na nieobecnego, może przez to co mu powiedziałam. Czyli cała rozmowa zostaje dla mnie.- Proszę w końcu przejść do rzeczy.
- Logan…- zaczęłam, a już wszyscy zdążyli spojrzeć na niego. Ten się rozejrzał nie wiedząc o co chodzi.- Jesteś w błędzie i uważam, że Panu Maslow należy jednak wybaczyć, bo każdy zasługuje na drugą szansę, a nie on jest sprawcą.
- No mówiłem tylko czemu nikt nie chciał mi wierzyć?- po chwili syknął z bólu, bo uderzył łokciem o oparcie kanapy. Logan spuścił głowę jakby chciał uniknąć przyznania się do błędu.
- Czyli Logan też jest niewinny?- upewnił się Schmidt.
- Tak. Pomimo, że jego alibi na początku nie dawało nam spokoju tak jak u Maslow’a to on nie mógł też tego zrobić. Jest oddany tej rodzinie, zdałam sobie z tego niedawno sprawę.
- A ja ich na pierwszym miejscu podejrzewałem.- pomyślał głośno Terence.
- No i wyciągnął Pan pochopne wnioski. To, że ich Pan nie darzy sympatią, nie znaczy, że musieli to zrobić.
- Nie, no spoko.- założył ręce Henderson nie mając do lokaja żalu.- Sam bym siebie podejrzewał po tym co robiłem.
- Musimy iść drogą redukcji?- odezwał się Pena.- Nie może Pani wprost powiedzieć tylko tworzy zbędne napięcie?
- A wie Pan, że Pana podejrzewałam o to najbardziej?
- Mnie?- uniósł brwi.
- Tak.- potwierdziłam.- Cichy i spokojny. Mało na Pana miałam co wydawało mi się intrygujące. Jest Pan taki tajemniczy. Prawe nic o Panu nie wiemy. Umyka Pan zawsze w tym śledztwie prawie niepostrzeżenie. No i się pomyliłam, bo zabójca siedzi obok Pana.
- Że niby ja?- odezwała się Martinez.
- Nie, po drugiej stronie.- wyszczególniłam swoją wcześniejszą wypowiedź.- Kayden Sullivan…
- Słucham?- uniósł się rozglądając po każdym, który patrzył na niego z szokiem w oczach. Tym bardziej Schmidt.- Ja tego nie zrobiłem! Nie miałem po co! Nie mam motywu! Nie miałbym po co…
- Ależ mógł mieć Pan po co, Panie Sullivan, a raczej mogłabym powiedzieć Panie Stevens.- wzięłam do ręki jego dokumenty, które były w teczce.- Znalazłam je niedawno. Z nich wynika, że naprawdę nazywa się Pan Kayden Ren Stevens. Dlaczego Pan przybrał inne nazwisko?
- O mój Boże…- Martinez położyła twarz na policzkach.- Stevens.- przypatrzyła mu się.- Ty jesteś synem Amele Stevens. Jaka ja jestem ślepa. Przypominasz swoją matkę.
- O co tu chodzi?- spytał zdezorientowany Schmidt.
- Kayden jest synem Amele Stevens, która kiedyś tu pracowała zanim Pan się urodził.- powiadomiłam go.- Pana ojciec miał z nią romans. Kayden jest Pana bratem.
- CO?!!- szybko zareagował.- To nie możliwe! Dlaczego ja o tym nie wiem?!
- Nikt o tym nie wiedział, oprócz Pana ojca. Panie Kayden, koniec zabawy. Ja już wszystko wiem…
- No dobrze! To prawda! Jestem twoim bratem. Moja matka odeszła stąd będąc ze mną w ciąży, bo twój ojczulek zdradzał twoją matkę z moją. I się jej bezczelnie pozbył bez konsekwencji! Kilka dni przed śmiercią mojej mamy wyznała mi, że mój ojciec nie zginął w wypadku samochodowym gdy byłem mały. Powiedziała mi prawdę. I wtedy trzy lata temu przyszedłem tutaj do swojego prawdziwego ojca pod pretekstem pracy, bo poszukiwali ogrodnika. Oczywiście wtedy przybrałem inne nazwisko. Zatrudnił mnie, a ja wtedy mu powiedziałem kim jestem. Nie chciał uwierzyć, więc przyniosłem mu wszystkie prawdziwe dokumenty. To mu jednak nie starczyło, więc zrobiliśmy badania DNA. Z nich wyszło wszystko czarno na białym. Nie mógł mnie zwolnić. Zaszantażowałem go, że jeśli mnie wyrzuci to jego żona dowie się prawdy. Nie miał innego wyboru…
- I zabiłeś moją matkę!- Kendall chciał już wstać do niego, ale Layne go zatrzymał. Ściskał ręce w pięści. Krew pewnie wrzała w jego żyłach. To było widać.
- Przyszedłem tutaj do rezydencji, bo należał mi się ten majątek, a on nie chciał mi go dać. Groziłem mu, że powiem prawdę jego żonie. Z początku nie dał się zastraszyć, ale uległ gdy zobaczył, że jestem do tego zdolny. Bo już miałem jej powiedzieć, ale zdążył nam przerwać w ostatniej chwili i powiedział, że zrobi to. Przydzieli mi należną cześć majątku. To powiedział rano, a wieczorem przydał mu się ten cholerny zawał…
- Nie zdążył Pana zapisać.- wtrąciłam.- A raczej zdążył. Pan Schmidt, ostatnie słowa jakie napisał… Już chwila…- poszłam po kod z walizki i ołówek. Zamazałam kartkę ołówkiem i przebiły się dwa symbole.- Pan Schmidt w ostatniej chwili zapisał inicjały K S. Napisał to na kartce, ale przypomniało mi się z pewnej opowieści, że pod spodem miał notes, więc na niego przebił się ten inicjał. Dzięki mojemu koledze, który chciał coś zapisać, wyrwał kartkę z tego notesu i coś zapisał… Co za szczęście, że wpadła mi w ręce.
- No właśnie!- uniósł się Kayden.- Jaki byłem zły gdy dowiedziałem się, że to Kendall dostał moją część majątku!
- Znalazł Pan tę kartkę w śmietniku. Zobaczył inicjały. Co za pech, że ma Pan takie same inicjały jak Kendall Schmidt. Kiedy Pani Schmidt weszła do gabinetu i zobaczyła kartkę, pomyślała, że jej mąż wybaczył Kendallowi i chciał dopisać go do testamentu i tak ona też zrobiła. Pomyliła Pana ze swoim synem, bo nie znała prawdy. Nadszedł czas na zemstę, czyż nie?
- Podtruwałem ją. Wiedziałem, które wina pije. Ale to zajmowało mi dużo czasu. Potem nadszedł dzień na imprezę. Uznałem, że to jest dobry moment na zemstę. Dużo ludzi w domu, więc było można przebierać w podejrzanych, ale musiałem być też ostrożny. Zadbałem o każdy szczegół. Ja wyłączyłem światło, ale zadbałem o to żeby muzyka wciąż leciała w tle żeby nikt nie słyszał moich działań. Musiałem też zadbać o tym żeby każdy był w domu. A tu nagle Kendall i Logan wyszli do ogrodu, więc musiałem włączyć zraszacze żeby każdego zatrzymać na miejscu. Gdy zgasło światło, poszedłem do jej sypialni. Wbiłem w nią nóż, który zabrałem Terencowi. Nawet nie zdołała krzyczeć, tak cierpiała. Trochę jęczała, ale nikt tego przecież nie słyszał. Potem upozorowałem żeby wyglądało na samobójstwo i uciekłem przez okno. Potem normalnie po cichu wszedłem do rezydencji i pojawiłem się obok Amandy i kiedy Kendall zapalił światło, ja byłem na korytarzu.
- No właśnie!- oprzytomniał Kendall.- Amanda! Mówiłeś, że ją kochałeś! Była dla ciebie wszystkim!
- Kłamałem.- wywrócił oczami.- To była tylko dobra przykrywka. Zdobyłem jej zaufanie, ale ją też chciałem wykończyć. Chociaż była taką piękną kobietą. Jeszcze piękniejszą nago…
- Ty skurwysynu! Ty, ty…- wyglądał jakby coś mu stawało w gardle.- Spałeś z własną siostrą! Uwiodłeś swoją siostrę! Całowałeś, dotykałeś… Rzygać mi się chce jak na ciebie patrzę chuju!- skrzywił się niemiłosiernie.
- No to rzygaj. To, że Mandez ją zabiła tylko było na moją korzyść! Byłem miło zaskoczony, że ktoś mnie wyręczył i na siebie zwalał ślady!
- Zabiłeś mi matkę! Kłamałeś, oszukiwałeś! Wykorzystałeś naszą… tfu! Moją siostrę! Ty nie jesteś moim bratem, nigdy nie byłeś i nigdy nie będziesz! A ja tobie zaufałem! Zaślepiła mnie ta pozorna miłość do niej, to jak niby cierpiałeś… A ty jesteś zwykłym oszustem. Zrobiłeś w konia nas wszystkich...
- Nie ma żadnych dowodów…
- To się grubo mylisz!- podniósł się gwałtownie. Layne ruszył do akcji, ale ten szarpał się jak szalony i wyrwał mu się. Podbiegł do gablotki z bronią i chwycił ostatnią wiatrówkę. Wycelował w niego.- Zabiję cię skurwielu! Ja też się zemszczę za to co mi zrobiłeś, wyrodny braciszku…
- Odłóż broń, Kendall.- poprosił Layne.
- Nie!- odbezpieczył.- Czy nikt nie rozumie, że nie pozwolę, aby on chodził po tym świecie?! Należy mu się śmierć!
- No strzelaj!- rozłożył ręce Kayden.
- Nie! Da mu Pan tylko to czego chce!- powiedziałam.
- Mam to w dupie! Nie będzie żył ten skurwiel i śmiał się z mojej rodziny za kratami!- upewnił się czy dobrze mierzy. Wszyscy odsunęli się od mordercy na bok.- Spierdalaj z tego świata gnido!- nacisnął na spust. Problem, a może szczęście polegało na tym, że pocisk nie wystrzelił.- Co jest?
- Trafiłeś chyba na wiatrówkę, którą wziąłem ja.- odezwał się Henderson.- Odstawiłem ją bez pocisków.- Layne i Pena od razu zastawili gablotkę swoim ciałem żeby nie mógł mieć dostępu do kolejnej.
- Nikt nie wsadzi mnie do paki bez dowodów albo świadka zbrodni, a w sądzie wyprę się wszystkiego i powiem, że grupowo mścicie się na mnie, bo spałem z siostrą waszego przyjaciela.- wyszczerzył się.
- To chyba się przeliczyłeś!- drzwi od gabinetu otworzyły się i stanęła w nich kobieta. Kendall gdy ją zobaczył, z wrażenia upadła mu broń.
- Elizabeth…- wydukał.







* Jak ja to kocham. Kocham momenty kiedy prawda wychodzi na jaw. Tak długo czekałam na ten moment! Oh yeah! I co? Jakie emocje? Jakie myśli? Kto z Was strzelał w Kaydena? Po ankiecie widać, że mało, ale pewnie to też nie były pewne opcje :) Jestem z siebie taka dumna, że nikt ( raczej czy tam  prawie nikt ) się nie domyślił, bo to znaczy, że dobrze to uknułam. Liczę na Wasze komentarze i zapraszam na ostatni rozdział za tydzień :*



piątek, 14 listopada 2014

Rozdział XXXV – Stara historia

Pena tak samo jak my byliśmy zaskoczeni telefonem od Elizabeth. Czego ona mogła chcieć od niego? Po co zadzwoniła akurat do Carlosa, a nie do Schmidt’a? Może zadzwoniła tylko my o tym nie wiemy. Nadzwyczaj dziwne. Najpierw wyjeżdża bez słowa na Majorkę żegnając się w głupim liście, przez który Schmidt mógł popełnić samobójstwo, a teraz dzwoni do jego sąsiada. I do tego mówi tylko Carlos i sygnał się urywa. Głowa zaczyna mnie od tego wszystkiego boleć. Czuje jak zaczyna pulsować mi lewa część. Jeszcze trochę a rozniesie się na dobre. Pena wyszedł z wymalowaną na twarzy nadzieją, że jeszcze zadzwoni, a ja zostałam sama z Chrisem.
- Boli cię głowa?- spytał.
- Strasznie.- ścisnęłam powieki przykładając rękę do czoła.
- Może się położysz…
- Nie mogę się położyć. Muszę pracować. Może Pena ma rację. Trzeba wgłębić się w korzenie.
- Nic nie zdziałasz z rozrywającym bólem.- zmartwił się.
- Czy ktoś powiedział bólem?- weszła Martinez.- Podam może tabletki przeciwbólowe.
- Bardzo proszę.- jęknęłam. Kiwnęła głową i wyszła żeby za chwilę przyjść i podać mi tabletkę ze szklanką wody. Połknęłam ją natychmiast. Ten ból był nie do wytrzymania i wziął się tak nagle…
- Czy mogę jeszcze jakoś pomóc?- spytała gosposia.
- Może nam Pani pomóc wgłębić się w korzenie.- wywróciłam oczami.
- Słucham?
- Nie, nic.- machnęłam ręką.- To nie ważne, tak mi się powiedziało.
- Po prostu mamy problem. Ponoć przeszłość może nam pomóc w rozwiązaniu zagadki.- wtajemniczył ją Layne.
- Nadal w poszukiwaniu motywów?- pozwoliła sobie usiąść.
- A co Pani o tym myśli?- oparłam głowę na łokciu i zamknęłam oczy. Nie miałam siły na nic. Niech sobie Layne z nią rozmawia, ja tylko posłucham. Modlę się, aby ból ustąpił.
- Ja nikogo nie oskarżam, ale może mogę jakoś pomóc. Pracuję tutaj od dwudziestu paru lat. Zdążyłam poznać dobrze wszystkich mieszkających i pracujących tu ludzi. Rodzina Schmidt’ów to zwyczajna rodzina, która czasem ma swoje sprzeczki jak każda, ale ta rodzina też ukrywa swój mały sekret.
- Mały sekret?- ożywiłam się.
- To stara historia. Wszyscy o tym wiedzą, ale nikt już o tym nie mówi. Sprawa ucichła. Rozeszła się po kościach.
- Możemy ją usłyszeć?- poprosił Layne.- Jeśli Pani nie chce to nikomu o tym nie powiemy.
- No dobrze. No więc tak… to było bardzo dawno. Ja dopiero zaczynałam pracę w tej rezydencji. Nie znałam tu nikogo. Musiałam się zaklimatyzować. Już pierwszego dnia poznałam sprzątaczkę. Nazywała się Amele Stevens. Była młoda i piękna. Marnowała się tylko pracując w tym domu. Pani Schmidt wtedy była jeszcze w ciąży z Kendallem. Jakiś tydzień przed wyznaczoną datą porodu, pojechała do miasta do prywatnej kliniki gdzie mieli się nią dobrze zaopiekować. Pan Schmidt starał się do niej przyjeżdżać kiedy mógł, ale podpisywał ważny kontrakt, którego efekty widać do dziś. To prestiżowa firma. Pani Schmidt wyjechała, a następnego dnia…
- Co się wydarzyło?
- Położna kliniki zadzwoniła na domowy. Akurat byłam w pobliżu i odebrałam. Powiedziała, że Pani Schmidt rodzi, a jej mąż nie odbiera telefonu i czy mogłabym go poinformować. Poszłam go szukać. Pobiegłam do gabinetu nie pukając i zamarłam. Mój szef obściskiwał się z Amele Stevens. Tak szybko jak otworzyłam drzwi, tak szybko zamknęłam je za sobą. Po chwili Amele wyszła z gabinetu zapinając koszulę, a Schmidt poprosił mnie do siebie.
- Co Pani powiedział?- spytał Layne.
- Powiedział, że to nic nie znaczyło i mam o tym zapomnieć. Zakazał mi zdradzić jego żonie prawdę tłumacząc, że teraz będzie potrzebowała spokoju, a taki stres może zaszkodzić jej zdrowiu. A jeśli się go nie posłucham to będę musiała pożegnać się z pracą.
- Posłuchała się go Pani?- wciągnęłam się.
- Nie miałam innego wyboru. Nie chciałam stracić tej pracy. Bardzo jej potrzebowałam. Dowiedziałam się też, że o ich romansie wiedziało więcej osób, ale oni też milczeli.
- I nigdy nie dowiedziała się prawdy?
- Przyjęła od niego pieniądze za milczenie i zniknęła raz na zawsze… Potem gdy zobaczyli wszyscy, że ją zwolnił, uznali, że to koniec. Nikt jej nie powiedział, bo też i się bał, ale ogólnie to rozeszło się bez śladu. No i do końca swojego życia nie dowiedziała się prawdy… No i to wszystko.- westchnęła.- Ale nie wiem czemu to powiedziałam, bo chyba w niczym to nie pomoże. Przepraszam, ale muszę już iść. Pan James pewnie potrzebuje pomocy.- wyszła z jadalni.
- Też myślisz teraz o tej Amele?- spytał mnie Layne.- Czyżby Pena miał rację myśląc, że to nikt z naszego otoczenia?
- Przeszło mi to przez głowę, która już mniej boli. Stevens wróciła po latach i chciała się zemścić na jego żonie. Czy to aby możliwe? Przecież to burzy wszystko co żeśmy odkryli do tej pory. Jeśli to prawda to całe śledztwo poszło na marne. Stracony czas…
- Jaki stracony? Przez to mogliśmy dowiedzieć się czegoś konkretnego.
- Sama nie wiem. Coś mi tu ciągle nie pasuje. Coś ciągle przechodzi nam przed nosem jak wtedy sprawa z Mandez. Może się okazać, że znajdę jeden mały trop, a on pociągnie mnie do rozwiązania. Czuję, że jest teraz bliżej niż dalej, ale potrzebuję olśnienia. 
- Może dać ci mój notes żebyś mogła sobie przypomnieć wszystko?- zaoferował.
- To chodźmy od razu do ciebie.
- A z miłą chęcią.- wyszczerzył się.

Nie skomentowałam już tego tylko poszłam za nim do jego pokoju. Umiał utrzymać w nim porządek. Domknął drzwi od szafy gdzie wisiał już sznur jego koszul. Ciągle łaził tylko w koszulach. Następnie podszedł do szafki nocnej, aby wyjąć z niego notes i podać mi go do ręki. Pierwsza strona była podpisana Śledztwo w sprawie zabójstwa Pani Schmidt. Potem jeszcze na dole dopisał Amandę. Layne stale uzupełniał wiadomości. Oglądając pierwsze strony przypomniały mi się pierwsze dni tutaj, przesłuchania w gabinecie, do którego teraz nie mamy wstępu.
- Amanda…- powiedziałam raczej sama do siebie gdy natrafiłam na jej zeznania. Leżał twarzą do ziemi, a w pod ręką leżało pióro, które kupiłam mu miesiąc temu na pięćdziesiąte urodziny. A potem przypomniało mi się jak Logan opowiadał o tym jak Pan Schmidt na jego oczach dostał zawału.- Co on zapisał?
- Kto?
- Schmidt. Henderson powiedział, że zanim padł na ziemię, napisał coś. Co to było?
- Dlaczego w ogóle o to pytasz?- zdziwił się.
- Bo mi się przypomniało i zaciekawiło. Logan raczej nie wie. Kolejna, która zobaczyła martwego ojca jest Amanda, ale ona nie żyje. Potem była Pani Schmidt. Ona również nie żyje. Kto był potem? Czy ktoś to jeszcze widział? Muszę wejść do gabinetu.
- Ale Kendall…- wtrącił.
- Mam teraz w nosie Kendalla.- podniosłam się i wyszłam.- Panie Schmidt!- zaczęłam go wołać.- Panie Schmidt!
- Nie ma go.- poinformowała nas Martinez.- Musiał wyjść kupić inhalator dla Kaydena. Z góry przeprosił jeśli Państwu to nie odpowiada.
- Nie ma problemu.- oznajmiłam.- My też nie chcemy żeby znowu komuś stała się krzywda. Już dość mieliśmy poszkodowanych w tym domu. A może…- urwałam.
- Słucham?- spytała.
- Mam pytanie. Pamięta Pani dzień śmierci Pana Schmidt’a?
- Tak…- posmutniała.
- Gdy było już po fakcie… Kto tam wchodził?
- Z tego co pamiętam roztrzęsiona wypadła z niego właśnie Amanda, która zawołała matkę. Z kolei Pani Schmidt zawołała mnie, abym zadzwoniła po karetkę. Amanda wyszła nie mogąc znieść tego widoku kiedy Pani Schmidt została cały czas ze mną. Wiedziałam, że już nie żyje, ale nie dała sobie przetłumaczyć. Gdy zjawił się ambulans, zabrał jego martwe ciało. Zdruzgotana szefowa usiadła wtedy na jego krześle, a jej łzy kapały na jakieś papiery.
- Co to były za papiery? Testament?- zadał pytanie Layne.
- Tak. Testament.- potwierdziła trochę zaskoczona skąd my to możemy wiedzieć.- Pani Schmidt była zaskoczona, bo jej mąż zdążył wpisać Kendalla do testamentu. Ale nie bezpośrednio tylko na innej kartce. Potem zjawił się notariusz, aby zabrać go, ale to już nie miało sensu skoro jego żona go przeczytała i Pan Schmidt już nie żył. Testament był pisany odręcznie, więc Pani Schmidt pozwoliła Ravell’owi napisać go w gabinecie. Był jej dobrym znajomym co się później okazało. Podbił i podpisał. Oryginał zabrał, a kopię zostawił. Nie powinnam tego mówić, ale przed przyjazdem notariusza, Pani Schmidt pozwoliła sobie coś do niego dopisać.
- Proszę kontynuować.- co za szczęście, że Martinez to gadatliwa kobieta. Aż szkoda, że straciła mowę. Może wcześniej by nam to powiedziała.
- Nie wiem co to było, ale wyjaśniła, że nie robi nic złego i działa zgodnie ze wskazówkami męża. Wzięła testament do ręki i odłożyła na bok notes, który był pod spodem. A tę kartkę, na której Pan Schmidt wcześniej coś napisał, wyrzuciła do kosza. I to wszystko co pamiętam.
- Dziękujemy. Naprawdę nam Pani pomaga. Może dzięki Pani rozwiążemy tą zagadkę.- uśmiechnęłam się.- Może nam Pani pomóc jeszcze bardziej gdy nam pomoże dostać się do gabinetu.
- O nie! Nie mogę!- przyłożyła rękę do gardła.- Kendall by się jeszcze dowiedział i mnie zwolnił albo…
- Proszę się uspokoić. Wystarczy, że zdobędzie Pani klucz i nam da, a jakby się dowiedział, że tam byliśmy, nie wspomnimy ani słowa o Pani.
- Na przykład taki klucz?- wyjęła go z kieszeni.
- Skąd Pani go ma?
- Ja tu sprzątam, więc mam klucze do wszystkich pokoi.
- Proszę, niech nam Pani go da.- poprosiłam i modliłam się w duchu żeby mi go podała. Dora spojrzała na niego wahając się, ale po namyśle zgodziła się. Podziękowałam jej serdecznie i razem z Chrisem poszliśmy do gabinetu.

Na wszelki wypadek zamknęliśmy się od środka. Pierwsze co zrobiłam to złapałam za testament. Teraz nie miałam go przed oczyma na wyświetlaczu w telefonie Layne’a tylko we własnych dłoniach. Pierwsza strona była drukowana i zrobiona przez notariusza, ale druga była oryginalną wersją Pana Schmidt’a pisaną odręcznie. W pewnym momencie gdy natrafiłam na imię i nazwisko Kendall Schmidt, zauważyłam małą różnicę pisma. Martinez miała rację. Pani Schmidt dopisała syna, ale gdzie to co niby Pan Schmidt dopisał. W śmietniku? Przecież jest już pusty. Na kartce był odciśnięty mały prostokąt. Błądziłam palcem po wybrzuszeniu.
- Nie myśl już o tym.- Layne wybudził mnie z transu.- Patrz lepiej co znalazłem.
- Teczka.
- Ale jaka gruba. Może tam coś znajdziemy.- otworzył ją. Trafiliśmy na dużej ilości dokumenty. Wertowałam je wszystkie po kolei aż trafiłam na coś ciekawego. Opadła mi szczęka z wrażenia. To w ogóle się teraz nie zgadza z tym co wiem albo może wręcz przeciwnie. Wyjaśnia wszystko. Ale czy to jest to o czym myślę? Nagle gdy zobaczyłam ten papier, olśniło mnie.
- Chris. Masz przy sobie ten kod do walizki?- kiwnął głową.- Podaj mi go!
- Ok, ale co się dzieje?
- Nie wiesz to czytaj to!- wcisnęłam mu do ręki dokument.
- O ja pierdole!- przeklął gdy to zobaczył, po czym szybko zakrył usta.
- No właśnie! To wszystko nie tak!
- Larra, rozwiązałaś zagadkę!- uśmiechnął się.
- Nie Chris, razem ją rozwiązaliśmy.- podskoczyłam z radości. Byłam tak szczęśliwa, że aż z tej radości pocałowałam go w usta. Zbyt mocno mnie chyba poniosło, ale dawno się tak nie czułam jak teraz. On sam był zszokowany moim gestem, ale to oczywiste, że nie protestował.
- A co tu się do jasnej cholery dzieje?- do gabinetu wtargnął Schmidt…





* Już tylko dwa rozdziały do końca. A już w następnym dowiecie się KTO JEST X!!! Nie wiem jak Was, ale mnie to jara, choć nie powinno, bo ja wiem kto to jest. No przecież sama to napisałam huehue :P Za tydzień też zostaniecie wtajemniczeni. Więc widzimy się w piątek :*

PS Można jeszcze oddać swój głos w ankiecie do 20 listopada :D

PS Rozdział miał się pojawić po północy, ale niespodziewanie... zasnęłam. Ci, którzy czekali to przepraszam ;)

piątek, 7 listopada 2014

Rozdział XXXIV – Bardzo udany kamuflaż

Lekarz stwierdził, że stan Maslow’a szybko się poprawia, więc po czterech dniach mogliśmy zawieźć go z powrotem do rezydencji. Martinez opiekowała się nim kiedy leżał w łóżku, ponieważ musiał teraz dużo wypoczywać. W taki sposób Schmidt zaoferował swoją pomoc, ale sam do niego nie przyszedł. Mimo to miał klasę. Co do rozmowy w szpitalu… nadal nie mogę się pozbierać od tego co usłyszałam, choć minęło już trochę czasu. Położyłam się na łóżku i zamknęłam oczy. Miałam przed sobą obraz tamtej sytuacji…
- Pamięta Pan co mi powiedział przed wypadkiem?
- Pamiętam…- odpowiedział niepewnie. Chyba już podejrzewał o co teraz zapytam.
- No to proszę się z tego wytłumaczyć. Co miał Pan wspólnego ze śmiercią Pani Schmidt?
- Prawda jest taka, że powiedziałem to pod wpływem złości. Nikogo nie zabiłem jednak i tak dręczą mnie wyrzuty sumienia…
- O czym Pan mówi?- zabrzmiało poważnie.
- Mogę Państwu zaufać?- spytał.- Nikt nie może się o tym dowiedzieć. Nikt. Tym bardziej Hal albo Kendall.
- Oczywiście.- potwierdził Layne.- Uznajmy to za tajemnicę zawodową.
- Morderca Schmidt’owej nie zabił jednej osoby. Zabił dwie…
- Pan wie kto nim jest?!- wybałuszyłam oczy.
- Nie… źle mnie Pani zrozumiała.- zaprzeczył.- Nikt tego nie wiedział, ale…- urwał. Miał taką minę jakby te słowa stawały mu w gardle i ciężko było mu jej wyrzucić. Tym bardziej, że spowiadał się przy prawie obcych ludziach.- Ona była w ciąży. Ze mną...- zapadła cisza, a ja zamarłam. On chyba sobie żartuje?! Ale nie wyglądał na takiego. Layne rozdziawił usta i patrzył na niego zszokowany. Dlaczego my wiemy tylko z sekcji, że ją zasztyletowano i otruto? Czy ktoś to przegapił? Czy w ogóle sprawdzał taką możliwość? To niedorzeczne.
- Słucham?- wydukałam gdy doszłam do siebie.
- Niech Państwo nie patrzą na mnie jak na kosmitę. Mnie powiedziała, że jest już po menopauzie. Ja nie wiem do dziś czy kłamała czy to może taki przypadek… albo pomyliła objawy menopauzy z czymś innym i myślała, że ją ma a nie miała. Nie wiem. Powiedziała mi tylko, że jest w pierwszym tygodniu i jest to moje dziecko.
- I co Pan wtedy zrobił?
- Niedowierzałem. Myślałem, że robi sobie ze mnie żarty, ale pokazała mi test. Powtarzała, że jest moje, bo z mężem nie spała od dawna. A ja nie mogłem jej powiedzieć żeby mnie zostawiła w spokoju, bo się bałem, że mnie wyda i dojdzie to do mojej narzeczonej, o której nie wiedziała, ale wszystko może się zdarzyć. Nakazałem więc jej iść na badania.
- A jak ona to zniosła?- zadałam pytanie.
- Ona? Zdesperowana. Nie wyobrażała sobie jak by to miało dalej wyglądać. Powiedziałem, że jakoś to będzie, ale niech na razie nie mówi o tym nikomu. O niczym innym potem nie myślałem. Nie wiedziałem jak się z tego wyplątać. No bo przecież nie mógłbym z nią zostać. Nie zostawiłbym Halston, a reszta by mnie zabiła.
- Ale jest Pan pewien?- wszedł w słowo Layne.- Z badań by wyszło, że jest w ciąży.
- Dlatego mnie to zdziwiło, że o tym nie wiecie, bo przecież Kendall by się od was dowiedział albo od kogoś innego.- ożywił się.- A może ona usunęła… Nie wiem.- skrzywił się jakby chciał wyrzucić to z pamięci.- Niech Państwo o ty nie myślą. Ja już powiedziałem co wiem. Tylko to ukrywałem. Proszę więcej mi tego nie wypominać. Nawet między sobą. Kendall gdyby to usłyszał to samym wzrokiem by mnie zabił. Kim bym ja wtedy dla niego był? Rodziną? Drugim ojcem? Jakiś absurd. Jeszcze raz proszę o zabranie tej  tajemnicy... do grobu.
- Obiecujemy.- powiedziałam, a Layne kiwnął głową.

Otworzyłam oczy. Ta scena śniła mi się ostatniej nocy. Na pewno nie powiem tego Schmidt’owi. Nigdy. Nawet moja wyobraźnia nie może się domyślić co by wtedy zrobił, a wiem już jak reagował na pewne rzeczy. Był taki wrażliwy, a gwałtownie reagował na złe wieści. Kierował się tylko emocjami. Podniosłam się i poszłam do łazienki przemyć twarz. Spojrzałam w lustro i powiedziałam do siebie Larra, ogarnij się. Jeszcze trzy dni, trzy dni, a minie miesiąc od rozpoczęcia śledztwa. Minęło tyle czasu, a ja nadal nie wiem kto jest X. Jednak nie poddawałam się. Usłyszałam pukanie do sypialni. Terence prosił na obiad. Zeszłam na dół. Co mnie bardzo zaskoczyło, Maslow siedział przy stole. Jadł jedną ręką, gdyż drugą miał w gipsie. Rany na twarzy dobrze się goiły. Henderson ukradkiem mu się przyglądał co szatyn już zdążył zauważyć. Gdy wszyscy skończyli jeść, Maslow odezwał się.
- Zanim ktokolwiek odejdzie od stołu, chciałbym zabrać głos.- zwrócił tymi słowami uwagę wszystkich.- Zdaję sobie sprawę jakie wszyscy mają o mnie zdanie. Wiem jak wyglądałem w oczach innych. Sam jestem sobie za to winny. Jednak ostatnie zdarzenia dały mi szansę na zmianę… Wszystkich chciałbym przeprosić za swoje wcześniejsze zachowanie. Musicie wiedzieć, że nie jestem takim chamem i prostakiem za jakiego mnie uważacie. Zagubiony po prostu zszedłem tymczasowo na złą drogę. Jednak przeprosiny należą się najbardziej dwóm osobom.- spojrzał na blondyna.- Tobie Schmidt… wybacz, że namieszałem w sprawach rodzinnych i majątkowych twojej rodziny. Nie okazuję tego, ale jest mi przykro z powodu tego ile przykrości cię spotkało. Obiecuję, że po zakończeniu śledztwa usunę się i już nigdy nie stanę na twojej drodze jeśli sobie tego życzysz. Po prostu za wszystko cię przepraszam.
- Jestem w szoku…- odpowiedział.- Nie wiem co powiedzieć.- podrapał się po głowie.- Nie wiem co teraz o tym myśleć. Jestem tak zaskoczony, że to co zrobiłeś już nie ma dla mnie takiego znaczenia. Jeśli mówisz szczerze to postaram się o tym zapomnieć, ale trochę jeszcze potrwa zanim schowam całkowitą urazę.
- Mówię szczerze.
- Więc zobaczymy jak to będzie.- kąciki jego ust delikatnie się uniosły.
- Przeprosiny należą się też tobie, Logan.- powiedział Maslow. Brunet wyglądał jakby przewidział wszystko.- Zmieniłem twoje życie w piekło. Przeze mnie zostałeś zmuszony do rzeczy, których nie chciałeś robić. Nie powinienem cię szantażować ani ci grozić. Wiem, że przez to skłóciłem cię z przyjacielem. Przykro mi z tego powodu. Zachowałem się jak kompletny skurwiel. Przepraszam za takie określenie…
- Nie masz za co przepraszać. Zgadzam się z tym wyraźnym epitetem.- przerwał mu Henderson.- Niestety nie przyjmuję twoich przeprosin. Może uderzyłeś się w głowę i sam nie wiesz co mówisz.- wykpił go.
- Ja chcę się po prostu zmienić i zakończyć stare waśnie żeby zacząć życie od nowa.
- Taka szkoda, że w to nie wierzę.- znów mu przerwał.- Ja widzę w tym spisek i kolejną intrygę. Jest co najmniej dziwne, że nagle robisz za świętoszka. Może coś się niedługo ma wydarzyć i chcesz odsunąć od siebie podejrzenia? Albo mi coś zrobisz? Może na mnie piłujesz pazury w zemście za to, że odebrałem ci marzenia? Bardzo udany komuflaż! Ja ci Kendall radzę uważać na niego…- odszedł od stołu i opuścił jadalnię.
- Ma prawo mi nie wierzyć…- pomyślał na głos inwestor.- Może kiedyś uwierzy.- również odszedł od stołu, ale w towarzystwie Martinez.
- A ja mu wierzę.- odezwał się Pena bawiący się widelcem.
- Skoro Kendall postanowił mu wybaczyć to ja nic do niego nie mam.- powiedział siedzący obok niego Sullivan.
- A ja się pierwszy raz zgadzam z Hendersonem.- zabrał głos Terence, który zbierał puste naczynia ze stołu.
- Pomyślę nad tym jeszcze.- poinformował nas Schmidt.- Idę się przejść.
- A ja wracam do pracy.- oznajmił ogrodnik.- Trzeba coś zrobić z tymi hortensjami, bo nie wiem czemu, ale usychają.- wyszedł jednocześnie z Kendallem.

W jadalni została nas trójka, czyli ja, Layne i Pena. Dawno nie zamieniałam z nim więcej słów. To chyba wszystko przez to co się ostatnio działo. Chciałam go zapytać o wyśmienity nastrój, ale posprzeczałam się z Chrisem. Następnie ta cała akcja z Hendersonem i poszukiwaniem połowy majątku Pana Schmidt’a, a na końcu wypadek Maslow’a. Dużo się działo. Niestety były to sprawy bardzo mało lub w ogóle nie związane ze sprawą. Ciągle sobie powtarzam, że trzeba ruszyć z czymś. W końcu dojść do tego. W mojej głowie ciągle rozbrzmiewa mój głos mówiący ZNAJDŹ ROZWIĄZANIE ZAGADKI!
- Nad czym Pani tak namiętnie rozmyśla?- spytał Pena, który przywrócił mnie na ziemię.
- Jak zakończyć to wszystko. Niech Pan nie mówi, że nie chciałby już wrócić do domu…
- Mój dom jest za rogiem, więc mi tak nie tęskno.- uśmiechnął się.- U sąsiadów nie jest tak źle.
- Pan to chyba nigdzie nie widzi problemu.- wtrącił Layne.
- Za to Państwo widzą go wszędzie. Mimo to długo Państwu zajmuje rozwiązanie tej zagadki.
- A myśli Pan, że to takie łatwe?- trochę mnie zirytował.- Jakie w ogóle ma Pan wyobrażenia o naszym zawodzie? Myśli Pan, że chodzimy z wielką lupą w ręce i szukamy poszlak, które łatwo doprowadzą nas do rozwiązania zagadki? To nie jest bajka dla dzieci typu Scooby Doo. Tutaj jest mało śladów. My szukamy motywów co jest ciężko, bo przecież nikt wprost nam wszystkiego nie powie…
- Mój kuzyn ogląda tę bajkę.- rozmarzył się, a ja z bezsilności klepnęłam się w czoło.- Ale spokojnie. Nie pasują Państwo do żadnego z tych bohaterów. Jednak gdybym ja był detektywem… Czasami nie wystarczy szukać dowodów, ani motywów. Wystarczy rozejrzeć się dookoła i postarać zrozumieć drugiego człowieka. Przestać patrzeć na niego jak na obiekt pracy.
- Do czego Pan teraz zmierza?- założył ręce Christopher.- Uważa Pan, że źle wykonujemy swoją pracę?
- Nie, ale sprawdzają Państwo tutaj wszystkich powierzchownie. A to trzeba dochodzić głęboko do korzeni. Czasem do dalekiej przeszłości.
- A Pan niby tak zrobił i wie kto mógł zabić Panią Schmidt.
- Tak. I jestem prawie pewny kto to zrobił. Na 90 procent.- odpowiedział.- A może nawet i więcej, bo jest to aż za bardzo prawdopodobne znając tę historię. Właśnie mi się przypomniało coś istotnego, dlatego skojarzyłem z tym co słyszałem.
- Więc według Pana kto jest sprawcą?
- Nie znaleźli Państwo winowajcy. Dlaczego? Ponieważ nie ma go wśród nas. To właśnie Pan Schmidt zabił żonę.
- A kiedy Pan na to wpadł?- spytałam.
- No teraz.
- Gratuluję inteligencji i pamięci Panie Pena, ponieważ Pan Schmidt zmarł pierwszy, więc nie mógł zabić własnej żony!- podniosłam głos.
- A no…- oprzytomniał.- Rzeczywiście.- wyszczerzył się niewinnie, a my spojrzeliśmy się na niego jak na ciężki przypadek nawet nie wiem czego.- Ale gdyby było odwrotnie to tak by właśnie pewnie było. Albo zupełnie odwrotnie…- w tej chwili zadzwonił jego telefon. Spojrzał w wyświetlacz. Zmrużył oczy i patrzył na dzwoniący telefon.
- Nie odbierze Pan?- spytałam głośniej, ponieważ był to donośny dzwonek.
- Zastrzeżony.- odpowiedział.- Nie obieram takich telefonów.
- Może to coś ważnego.- rzucił Layne.
- No zobaczymy…- westchnął Latynos. Śmignął palcem w prawo po dotykowym ekranie i przyłożył urządzenie do ucha.- Elizabeth?!- ożywiłam się słysząc to imię.- Halo? Halo?- opuścił komórkę.- Rozłączyła się.
- Czy to była ta Elizabeth?- dopytałam się na wszelki wypadek.
- Tak. To Liz Schmidt. Tylko czemu dzwoni do mnie?






* Witam Was ciepło :* A oto taki rozdział Wam przedstawiłam. Podobał się? :) Skończyłam pytaniem Carlosa to może Wy na nie odpowiecie. Cieszę się, że Dark Bunny dołączyła do naszych kręgów. Do piątku :*