piątek, 6 czerwca 2014

Rozdział XII - W kałuży krwi

Obudziłam się następnego dnia. W sumie był to jeszcze ten sam dzień, bo w nocy z Chrisem szukałam podejrzanych tropów w ogrodzie. Wtedy coś wpadło mi do głowy. Jest to na razie zwykłe podejrzenie, jednakże przypomniałam sobie dowód, który wcześniej nie wydawał mi się jakoś szczególnie ważny. Opowiedziałam Chrisowi o swoich podejrzeniach. Ten nie był do tego przekonany, ale ja jeszcze mu pokażę, że mam rację. Nie warto wątpić w kobiecą intuicję. Ja rzadko się mylę jeśli chodzi o przeczucie. Ubrałam się i zeszłam na dół, aby zjeść śniadanie z resztą domowników. Panowała jakaś dziwna atmosfera. Pani Amanda za chwilę wydłubie dziurę w i tak już pustym talerzu. Powstał również trójkąt podejrzanych spojrzeń Schmidt – Maslow – Henderson. Wyglądali jakby komunikowali się ze sobą telepatycznie. Mandez wyglądała na zdenerwowaną. W jej fiolce z lekami, które brała codziennie nie było już tabletek od dwóch dni. W sumie mogła przewidzieć to, że zostanie tu dłużej i będzie musiała sobie je dokupić. A Pena od jakiegoś czasu wydawał się nieobecny. Kiedy zauważyłam, że wszyscy powoli już kończą posiłek, wstałam.
- Proszę Państwa, abyście wszyscy zebrali się w bibliotece.
- A po co?- zapytał Maslow.
- Dowie się Pan w swoim czasie.- odpowiedziałam sucho.- Panie Schmidt, służbę też proszę zwołać.

W przeciągu pięciu minut wszyscy znaleźli się na wskazanym przeze mnie miejscu. Terence bacznie z głową wysoko podniesioną czuwał przy drzwiach. Niemówiąca Martinez usiadła w kącie udając, że jej tu prawie nie ma, a po Sullivanie można było poznać, że wracał z ciężkiej pracy, ponieważ cały był usmolony w ziemi. Odgarnął sobie przyklejone do czoła włosy. Uznałam, że to jest dobry moment. Chciałam już powiedzieć swoje kiedy musiał znowu wciąć się Maslow.
- My tu otwieramy jakiś Klub Miłośników Książek?
- Po co jeśli Pan nie jest w stanie nawet tytułu zapamiętać?- dogryzłam mu. Zrobił minę jakbym wielce go obraziła. Olałam to.
- Chcemy wyjaśnić na początek zagadkę nocnych spacerów.- wtajemniczył wszystkich Layne. W tej chwili Mandez zaczęła się rozglądać po każdym, a Pena utkwił wzrok w ogrodniku.
- Panie Sullivan…- zwróciłam się do mężczyzny.- Czy może nam Pan wyjaśnić co nocami robi Pan w ogrodzie?
- Jak to co?- spytał lekko oszołomiony.- No… spać nie mogłem.
- Pracuje Pan ciężko od rana do wieczora nad takim kawałem ziemi i nie czuje Pan w nocy zmęczenia? To dziwne…
- Jest z tym jakiś problem?- podniósł brwi.- Lubię czasem pokontemplować sobie sam po tym ogrodzie.
- Sam?- dopytałam.- Jest Pan pewien?
- No raczej.- kiwnął głową. Wyglądał tak jakby sam próbował się przekonać co do prawdziwości tych słów.
- Nie wydaje mi się.- wtrącił Pena.
- Ekhem…- chrząknęła Mandez.- Ja ostatnio widziałam dwie osoby.- Bardzo mnie wtedy ucieszyło, że się odezwali. Kayden pobladł trochę na twarzy i wbił wzrok w ziemię.
- Aha.- spojrzałam na podejrzanego.- Czyli uważa Pan, że Pani Ciara kłamie? Przywidziało jej się?
- Ja nie ogarniam…- westchnął Henderson.
- Ogarnij lepiej swoje życie.- Maslow nie powstrzymał się od komentarza.
- Ciszej tam.- uciszył ich Layne pozwalając mi kontynuować.
- Panie Kayden?- nie otrzymałam od niego odpowiedzi, więc spojrzałam na Pannę Schmidt.- Pani Amando, pamięta Pani jak znalazłam bransoletkę niedawno nad fontanną?
- Tak, ale co to ma wspólnego ze mną?- spytała przestraszona.
- Czy Pani boi się brata?
- Nadal nie wiem o co Pani chodzi.- pokręciła głową.- Co to za brednie?- spojrzała ukradkiem na zielonookiego.
- Co Panią łączy z Panem Sullivanem?- spytałam wprost.
- Słucham?!- spytali jednocześnie Schmidt’owie.
- To nie ma sensu!- odezwał się Kayden.- Amando, przecież oni już wiedzą tylko oczekują teraz naszego oficjalnego potwierdzenia. Nie ma sensu już tego ukrywać.
- Przyniosę sobie zaraz popcorn.- wciął się Maslow. Layne uciszył go samym spojrzeniem.
- Kayden!- ostrzegła go Amanda przez zaciśnięte zęby.
- Zaraz, zaraz…- wtrącił Schmidt.- Amando, czy to prawda? Czy wy…
- Tak, to prawda!- wyrzuciła to w końcu z siebie dziewczyna.- Ja i Kayden jesteśmy razem. Kochamy się.
- CO?!- wrzasnął Schmidt. Sama aż podskoczyłam w miejscu. Nie spodziewałam się po nim aż takiej reakcji. Spojrzałam na Chrisa, który skrzywił usta i wzruszył ramionami.
- Ja wiem, że możesz być zły, ale ja go kocham. Spotykamy się od dwóch miesięcy.
- Nie, nie… Ja nie w to nie wierzę. Ale że z nim?!- Kendall wskazał na niego placem z odrazą na twarzy.
- A czy to jest jakiś problem?- zabrał głos Sullivan.- Kocham Amandę i…
- Ty jesteś zwykłym ogrodnikiem.- przerwał mu.- Moja siostra zasługuje na kogoś lepszego. Co ty możesz jej dać? Te pieprzone róże, które rosną przed domem?!
- Kendall, nie mów tak!- skarciła go siostra.- Pamiętasz co mówili rodzice? Żebyśmy traktowali służbę z szacunkiem!
- No ja już się domyślam jak ty go potraktowałaś!- założył ręce.- Nie będziesz z nim.
- Że słucham?!- wybałuszyła oczy.- Niczego mi nie zabronisz! Nie jesteś moim ojcem.
- Nasz ojciec nie żyję, ale gdyby tu był, też by na to nie pozwolił!
- Tego już się nigdy nie przekonasz!- reszta domowników zachowywała się jakby ich przy tym nie było.
- Ja się tobą opiekuję gdy ich nie ma.
- Tak?!- spojrzała się na niego jak na ostatniego debila.- Mówi to synek, który uciekł z domu. Nie było cię tu kiedy tego potrzebowałam. Co ty możesz wiedzieć? Wracasz do domu, udajesz świętego! Ty mogłeś sobie pojechać do LA spełniać marzenia, robić co ci się żywnie podoba to ja nie mogę? Zabronisz mi?
- A żebyś wiedziała, że zabronię!- uparł się.
- Nie poznaję cię.- zaszkliły jej się oczy.- Co się z tobą stało? Co cię tak zmieniło?- pchnęła go i wybiegła z biblioteki.
- Amanda!- zawołał ją, jednak na darmo. Spojrzał na Sullivana wzrokiem zabójcy. Kayden dzielnie przyjął ten cios.- Tego się po tobie nie spodziewałem… A ja cię naprawdę uważałem za członka rodziny.- patrzył na niego z pogardą.- Nie chcę już nigdy widzieć cię na oczy.
- Czyli zwolnisz mnie tak jak połowę służby wcześniej, tak?- mówił to tak jakby niczego innego się nie spodziewał.
- Chyba wyrażam się jasno.- odpowiedział. Kayden ruszył do wyjścia, jednak zatrzymał go Layne.
- Przepraszam, Panie Schmidt, ale dopóki śledztwo się nie skończy, Pan Sullivan będzie musiał zostać na terenie rezydencji. Takie na początku wszyscy zaakceptowaliśmy zasady.- wyjaśnił Chris.
- Które ustaliła moja cudowna siostra.- dopowiedział ironicznie patrząc na Kaydena.- Dzięki niej jeszcze tu jesteś, ale mi lepiej nie wchodź w drogę.- syknął przez zęby, a następnie opuścił pomieszczenie.
- Huk drzwiami na pożegnanie to u nich rodzinne.- podsumował mało przejęty Maslow.
- Dobrze się Państwo bawiliście?- spytał mnie i Chrisa Sullivan.- Po co było to wszystko? Jeśli Państwa kręci to gdy prawda wychodzi na jaw to proszę bardzo!- rozłożył ręce.- Co chcieli Państwo przez to udowodnić?
- Że na przykład ma Pan coś wspólnego z morderstwem Pani Schmidt. Jest Pan z Panią Amandą dla pieniędzy i chce Pan się z nią ożenić żeby na przykład w ten sposób przejąć rezydencję?- odpowiedziałam i chyba zabrzmiało to jak pytanie. Ogrodnikowi opadła szczęka z wrażenia.
- Co to za brednie?- spytał.- Ile razy ja mam powtarzać, że mi na tym nie zależy?- spojrzał na Penę.- I niech Pan się tak na mnie nie patrzy. Wiem, że Pan coś do mnie ma, ale ja tego nie zrobiłem.- zwrócił się z powrotem do nas.- Po co mi ten dom skoro już w nim mieszkam? Jakbym miał przejąć rezydencję skoro jeszcze Pan Schmidt ma do niej prawa? Nie wiem czy jestem na liście podejrzanych czy nie, ale ja mogę spać spokojnie, ponieważ tego nie zrobiłem. Ale przez Państwa to chyba rzeczywiście znów będę snuł się nocami po ogrodzie, ale sam. Przepraszam.- wyminął Christophera i pozwolił sobie wyjść. Spojrzałam na każdego po kolei, na te twarze, które również na mnie patrzą i nie wiem czemu… poczułam się głupio. Chciałam udowodnić mu zupełnie co innego, a tak skrzywdziłam kilka osób naraz. Skąd miałam wiedzieć, że Schmidt to taki bufon i nie zrozumie tej miłości?
- Mogą się Państwo się już rozejść.- uratował moją sytuację Layne.
- Gratuluję rozwiązania sprawy, Pani Lawson.- wyszczerzył się w moją stronę Maslow gdy wychodził. Myślałam, że rzucę się na niego z pazurami i wydrapię oczy, ale Chris złapał mnie w ostatniej sekundzie za rękę. Sam miał minę jakby bał się tego zrobić. Wyrwałam mu się i tak jak wszyscy opuściłam bibliotekę. Musiałam wyjść na świeże powietrze.


*Christopher*


Maslow podszedł do nas z tym swoim ironicznym tekstem do Larry. Zauważyłem jak na to zareagowała. Myślałem, że zaraz na serio rzuci się na niego i tylko się zbłaźni, bo czasem ma problemy z poskromieniem emocji. Złapałem ją instynktownie za rękę żeby ją zatrzymać. Poczułem się jakby ziemia unosiła się nade mną. Nie, sorry. Jakbym to ja unosił się nad ziemią. Nie mogę racjonalnie myśleć w takich okolicznościach. Jej dłoń była taka delikatna oraz miękka w dotyku. Z tego cudownego uniesienia wyrwała mnie sama Larcia. Spojrzała się groźnie i zabrała rękę. A ja stałem tak znieruchomiały jeszcze jakiś czas. Po chwili dopiero dostrzegłem, że jestem sam w bibliotece. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić, więc poszedłem do ogrodu. Myślałem, że spotkam tam Larrę, ale jej nie było. W dodatku mój wzrok przykuło coś za płotem. Wcześniej nie myślałem nad tym poważnie. To był zwyczajny las. Nie wiem co mnie teraz napadło, ale chciałem się tam wybrać. Jednak nie dzisiaj. Jeszcze nie wiem kiedy, ale znajdę czas. Nie powiem o tym mojej wspólniczce, ponieważ na pewno wydrze się na mnie, że zamierzam przekroczyć teren posesji co było na chwilę obecną zabronione.

Zauważyłem, że Sullivan siedzi na fontannie kompletnie przybity. Coś mnie podkusiło żeby przysiąść się do niego. Po wyrazie jego twarzy doszło do mnie, że nie jest tym wielce zachwycony. Minęło kilka chwil kiedy siedzieliśmy tak w ciszy. O dziwo po jakimś czasie coś powiedział.
- Miłość jest trudna.
- Nie tylko Pan tak twierdzi.- odpowiedziałem szybko. Ten spojrzał się na mnie, a kąciki jego ust lekko uniosły się ku górze.
- Mogłem się domyślić.- westchnął.- Nie chce Pana?
- Najwyraźniej tak.- nie chciałem mu się zwierzać, bo jestem w pracy, ale chyba tego potrzebowałem.
- Czuję, że Kendall zabierze mi Amandę. Czuję już teraz jak się ode mnie oddala.
- To niech Pan o nią walczy.- powiedziałem.
- A Pan?
- Co ja?- uniosłem brwi.
- Czy Pan będzie walczył?- na chwilę zamilkłem słysząc to pytanie. Jednak po chwili odważyłem się na nie odpowiedzieć.
- Tak.- kiwnąłem głową na co ten się uśmiechnął.
- Zaraz przyjdę.- podniósł się.- Przyniosę nam coś mocniejszego.- powędrował w stronę domu.
Czekałem tak na niego nie wiem ile, ale zaczęło się już ściemniać powoli. Spojrzałem na zegarek. Nie było go już dwadzieścia minut. Nagle usłyszałem zza domu jakby coś spadało na ziemię. Nie wiem, może mi się przywidziało. Nie mogłem już tak na niego czekać, więc wróciłem do domu. Sullivana nie było w kuchni. Może poszedł do Pani Amandy? W sumie też miałem taki zamiar, bo chciałem ją jeszcze o coś zapytać. Zapukałem do jej drzwi na pierwszym piętrze, ale nikt nie odpowiadał. Za drugim razem też nikt się nie odezwał. Nacisnąłem na klamkę, drzwi były otwarte. Pchnąłem je. To co tam zobaczyłem mną wstrząsnęło. Serce skoczyło mi do gardła. Co za przerażający widok. Pani Amanda leżała nieprzytomna na podłodze w kałuży krwi. Wybiegłem z jej pokoju wołając o pomoc. W drodze zatrzymała mnie Larra.
- Chris, co się dzieje?!
- Ktoś zabił Amandę! Dzwoń po pogotowie!






* Ta ta daaaam! Pytanie tygodnia: Czy Amanda przeżyje? Co się stanie z Amandą to przeczytacie w następnym rozdziale. Można by powiedzieć, że od tego rozdziału dopiero rozkręca się więcej akcji ;) Widzisz Chris? Nie wiem czy warto było tyle czekać, bo pomimo super tytułu jest to rozdział wprowadzający do nowego wątku :)

Do piątku :*