Lekarz
stwierdził, że stan Maslow’a szybko się poprawia, więc po czterech dniach
mogliśmy zawieźć go z powrotem do rezydencji. Martinez opiekowała się nim kiedy
leżał w łóżku, ponieważ musiał teraz dużo wypoczywać. W taki sposób Schmidt
zaoferował swoją pomoc, ale sam do niego nie przyszedł. Mimo to miał klasę. Co
do rozmowy w szpitalu… nadal nie mogę się pozbierać od tego co usłyszałam, choć
minęło już trochę czasu. Położyłam się na łóżku i zamknęłam oczy. Miałam przed
sobą obraz tamtej sytuacji…
- Pamięta Pan co mi powiedział przed
wypadkiem?
- Pamiętam…- odpowiedział niepewnie. Chyba
już podejrzewał o co teraz zapytam.
- No to proszę się z tego wytłumaczyć. Co
miał Pan wspólnego ze śmiercią Pani Schmidt?
- Prawda jest taka, że powiedziałem to pod
wpływem złości. Nikogo nie zabiłem jednak i tak dręczą mnie wyrzuty sumienia…
- O czym Pan mówi?- zabrzmiało poważnie.
- Mogę Państwu zaufać?- spytał.- Nikt nie
może się o tym dowiedzieć. Nikt. Tym bardziej Hal albo Kendall.
- Oczywiście.- potwierdził Layne.- Uznajmy
to za tajemnicę zawodową.
- Morderca Schmidt’owej nie zabił jednej
osoby. Zabił dwie…
- Pan wie kto nim jest?!- wybałuszyłam oczy.
- Nie… źle mnie Pani zrozumiała.-
zaprzeczył.- Nikt tego nie wiedział, ale…- urwał. Miał taką minę jakby te słowa
stawały mu w gardle i ciężko było mu jej wyrzucić. Tym bardziej, że spowiadał
się przy prawie obcych ludziach.- Ona była w ciąży. Ze mną...- zapadła cisza, a
ja zamarłam. On chyba sobie żartuje?! Ale nie wyglądał na takiego. Layne
rozdziawił usta i patrzył na niego zszokowany. Dlaczego my wiemy tylko z
sekcji, że ją zasztyletowano i otruto? Czy ktoś to przegapił? Czy w ogóle
sprawdzał taką możliwość? To niedorzeczne.
- Słucham?- wydukałam gdy doszłam do siebie.
- Niech Państwo nie patrzą na mnie jak na
kosmitę. Mnie powiedziała, że jest już po menopauzie. Ja nie wiem do dziś czy
kłamała czy to może taki przypadek… albo pomyliła objawy menopauzy z czymś
innym i myślała, że ją ma a nie miała. Nie wiem. Powiedziała mi tylko, że jest
w pierwszym tygodniu i jest to moje dziecko.
- I co Pan wtedy zrobił?
- Niedowierzałem. Myślałem, że robi sobie ze
mnie żarty, ale pokazała mi test. Powtarzała, że jest moje, bo z mężem nie
spała od dawna. A ja nie mogłem jej powiedzieć żeby mnie zostawiła w spokoju,
bo się bałem, że mnie wyda i dojdzie to do mojej narzeczonej, o której nie
wiedziała, ale wszystko może się zdarzyć. Nakazałem więc jej iść na badania.
- A jak ona to zniosła?- zadałam pytanie.
- Ona? Zdesperowana. Nie wyobrażała sobie
jak by to miało dalej wyglądać. Powiedziałem, że jakoś to będzie, ale niech na
razie nie mówi o tym nikomu. O niczym innym potem nie myślałem. Nie wiedziałem
jak się z tego wyplątać. No bo przecież nie mógłbym z nią zostać. Nie
zostawiłbym Halston, a reszta by mnie zabiła.
- Ale jest Pan pewien?- wszedł w słowo
Layne.- Z badań by wyszło, że jest w ciąży.
- Dlatego mnie to zdziwiło, że o tym nie
wiecie, bo przecież Kendall by się od was dowiedział albo od kogoś innego.-
ożywił się.- A może ona usunęła… Nie wiem.- skrzywił się jakby chciał wyrzucić
to z pamięci.- Niech Państwo o ty nie myślą. Ja już powiedziałem co wiem. Tylko
to ukrywałem. Proszę więcej mi tego nie wypominać. Nawet między sobą. Kendall
gdyby to usłyszał to samym wzrokiem by mnie zabił. Kim bym ja wtedy dla niego był? Rodziną? Drugim ojcem? Jakiś absurd. Jeszcze raz proszę o zabranie tej tajemnicy... do grobu.
- Obiecujemy.- powiedziałam, a Layne kiwnął
głową.
Otworzyłam
oczy. Ta scena śniła mi się ostatniej nocy. Na pewno nie powiem tego
Schmidt’owi. Nigdy. Nawet moja wyobraźnia nie może się domyślić co by wtedy
zrobił, a wiem już jak reagował na pewne rzeczy. Był taki wrażliwy, a
gwałtownie reagował na złe wieści. Kierował się tylko emocjami. Podniosłam się
i poszłam do łazienki przemyć twarz. Spojrzałam w lustro i powiedziałam do
siebie Larra, ogarnij się. Jeszcze
trzy dni, trzy dni, a minie miesiąc od rozpoczęcia śledztwa. Minęło tyle czasu,
a ja nadal nie wiem kto jest X. Jednak nie poddawałam się. Usłyszałam pukanie
do sypialni. Terence prosił na obiad. Zeszłam na dół. Co mnie bardzo
zaskoczyło, Maslow siedział przy stole. Jadł jedną ręką, gdyż drugą miał w
gipsie. Rany na twarzy dobrze się goiły. Henderson ukradkiem mu się przyglądał
co szatyn już zdążył zauważyć. Gdy wszyscy skończyli jeść, Maslow odezwał się.
-
Zanim ktokolwiek odejdzie od stołu, chciałbym zabrać głos.- zwrócił tymi
słowami uwagę wszystkich.- Zdaję sobie sprawę jakie wszyscy mają o mnie zdanie.
Wiem jak wyglądałem w oczach innych. Sam jestem sobie za to winny. Jednak
ostatnie zdarzenia dały mi szansę na zmianę… Wszystkich chciałbym przeprosić za
swoje wcześniejsze zachowanie. Musicie wiedzieć, że nie jestem takim chamem i
prostakiem za jakiego mnie uważacie. Zagubiony po prostu zszedłem tymczasowo na
złą drogę. Jednak przeprosiny należą się najbardziej dwóm osobom.- spojrzał na
blondyna.- Tobie Schmidt… wybacz, że namieszałem w sprawach rodzinnych i
majątkowych twojej rodziny. Nie okazuję tego, ale jest mi przykro z powodu tego
ile przykrości cię spotkało. Obiecuję, że po zakończeniu śledztwa usunę się i
już nigdy nie stanę na twojej drodze jeśli sobie tego życzysz. Po prostu za
wszystko cię przepraszam.
-
Jestem w szoku…- odpowiedział.- Nie wiem co powiedzieć.- podrapał się po
głowie.- Nie wiem co teraz o tym myśleć. Jestem tak zaskoczony, że to co
zrobiłeś już nie ma dla mnie takiego znaczenia. Jeśli mówisz szczerze to
postaram się o tym zapomnieć, ale trochę jeszcze potrwa zanim schowam całkowitą
urazę.
-
Mówię szczerze.
-
Więc zobaczymy jak to będzie.- kąciki jego ust delikatnie się uniosły.
-
Przeprosiny należą się też tobie, Logan.- powiedział Maslow. Brunet wyglądał
jakby przewidział wszystko.- Zmieniłem twoje życie w piekło. Przeze mnie
zostałeś zmuszony do rzeczy, których nie chciałeś robić. Nie powinienem cię
szantażować ani ci grozić. Wiem, że przez to skłóciłem cię z przyjacielem.
Przykro mi z tego powodu. Zachowałem się jak kompletny skurwiel. Przepraszam za
takie określenie…
-
Nie masz za co przepraszać. Zgadzam się z tym wyraźnym epitetem.- przerwał mu
Henderson.- Niestety nie przyjmuję twoich przeprosin. Może uderzyłeś się w
głowę i sam nie wiesz co mówisz.- wykpił go.
-
Ja chcę się po prostu zmienić i zakończyć stare waśnie żeby zacząć życie od
nowa.
-
Taka szkoda, że w to nie wierzę.- znów mu przerwał.- Ja widzę w tym spisek i
kolejną intrygę. Jest co najmniej dziwne, że nagle robisz za świętoszka. Może
coś się niedługo ma wydarzyć i chcesz odsunąć od siebie podejrzenia? Albo mi
coś zrobisz? Może na mnie piłujesz pazury w zemście za to, że odebrałem ci
marzenia? Bardzo udany komuflaż! Ja ci Kendall radzę uważać na niego…- odszedł od stołu i opuścił
jadalnię.
-
Ma prawo mi nie wierzyć…- pomyślał na głos inwestor.- Może kiedyś uwierzy.-
również odszedł od stołu, ale w towarzystwie Martinez.
-
A ja mu wierzę.- odezwał się Pena bawiący się widelcem.
-
Skoro Kendall postanowił mu wybaczyć to ja nic do niego nie mam.- powiedział
siedzący obok niego Sullivan.
-
A ja się pierwszy raz zgadzam z Hendersonem.- zabrał głos Terence, który
zbierał puste naczynia ze stołu.
-
Pomyślę nad tym jeszcze.- poinformował nas Schmidt.- Idę się przejść.
-
A ja wracam do pracy.- oznajmił ogrodnik.- Trzeba coś zrobić z tymi
hortensjami, bo nie wiem czemu, ale usychają.- wyszedł jednocześnie z
Kendallem.
W
jadalni została nas trójka, czyli ja, Layne i Pena. Dawno nie zamieniałam z nim
więcej słów. To chyba wszystko przez to co się ostatnio działo. Chciałam go
zapytać o wyśmienity nastrój, ale posprzeczałam się z Chrisem. Następnie ta
cała akcja z Hendersonem i poszukiwaniem połowy majątku Pana Schmidt’a, a na
końcu wypadek Maslow’a. Dużo się działo. Niestety były to sprawy bardzo mało
lub w ogóle nie związane ze sprawą. Ciągle sobie powtarzam, że trzeba ruszyć z
czymś. W końcu dojść do tego. W mojej głowie ciągle rozbrzmiewa mój głos
mówiący ZNAJDŹ ROZWIĄZANIE ZAGADKI!
-
Nad czym Pani tak namiętnie rozmyśla?- spytał Pena, który przywrócił mnie na
ziemię.
-
Jak zakończyć to wszystko. Niech Pan nie mówi, że nie chciałby już wrócić do
domu…
-
Mój dom jest za rogiem, więc mi tak nie tęskno.- uśmiechnął się.- U sąsiadów
nie jest tak źle.
-
Pan to chyba nigdzie nie widzi problemu.- wtrącił Layne.
-
Za to Państwo widzą go wszędzie. Mimo to długo Państwu zajmuje rozwiązanie tej
zagadki.
-
A myśli Pan, że to takie łatwe?- trochę mnie zirytował.- Jakie w ogóle ma Pan
wyobrażenia o naszym zawodzie? Myśli Pan, że chodzimy z wielką lupą w ręce i
szukamy poszlak, które łatwo doprowadzą nas do rozwiązania zagadki? To nie jest
bajka dla dzieci typu Scooby Doo. Tutaj jest mało śladów. My szukamy motywów co
jest ciężko, bo przecież nikt wprost nam wszystkiego nie powie…
-
Mój kuzyn ogląda tę bajkę.- rozmarzył się, a ja z bezsilności klepnęłam się w
czoło.- Ale spokojnie. Nie pasują Państwo do żadnego z tych bohaterów. Jednak
gdybym ja był detektywem… Czasami nie wystarczy szukać dowodów, ani motywów.
Wystarczy rozejrzeć się dookoła i postarać zrozumieć drugiego człowieka.
Przestać patrzeć na niego jak na obiekt pracy.
-
Do czego Pan teraz zmierza?- założył ręce Christopher.- Uważa Pan, że źle
wykonujemy swoją pracę?
-
Nie, ale sprawdzają Państwo tutaj wszystkich powierzchownie. A to trzeba dochodzić
głęboko do korzeni. Czasem do dalekiej przeszłości.
-
A Pan niby tak zrobił i wie kto mógł zabić Panią Schmidt.
-
Tak. I jestem prawie pewny kto to zrobił. Na 90 procent.- odpowiedział.- A może
nawet i więcej, bo jest to aż za bardzo prawdopodobne znając tę historię.
Właśnie mi się przypomniało coś istotnego, dlatego skojarzyłem z tym co
słyszałem.
-
Więc według Pana kto jest sprawcą?
-
Nie znaleźli Państwo winowajcy. Dlaczego? Ponieważ nie ma go wśród nas. To
właśnie Pan Schmidt zabił żonę.
-
A kiedy Pan na to wpadł?- spytałam.
-
No teraz.
-
Gratuluję inteligencji i pamięci Panie Pena, ponieważ Pan Schmidt zmarł
pierwszy, więc nie mógł zabić własnej żony!- podniosłam głos.
-
A no…- oprzytomniał.- Rzeczywiście.- wyszczerzył się niewinnie, a my spojrzeliśmy
się na niego jak na ciężki przypadek nawet nie wiem czego.- Ale gdyby było
odwrotnie to tak by właśnie pewnie było. Albo zupełnie odwrotnie…- w tej chwili
zadzwonił jego telefon. Spojrzał w wyświetlacz. Zmrużył oczy i patrzył na
dzwoniący telefon.
-
Nie odbierze Pan?- spytałam głośniej, ponieważ był to donośny dzwonek.
-
Zastrzeżony.- odpowiedział.- Nie obieram takich telefonów.
-
Może to coś ważnego.- rzucił Layne.
-
No zobaczymy…- westchnął Latynos. Śmignął palcem w prawo po dotykowym ekranie i
przyłożył urządzenie do ucha.- Elizabeth?!- ożywiłam się słysząc to imię.-
Halo? Halo?- opuścił komórkę.- Rozłączyła się.
-
Czy to była ta Elizabeth?- dopytałam się na wszelki wypadek.
-
Tak. To Liz Schmidt. Tylko czemu dzwoni do mnie?
* Witam Was ciepło :* A oto taki rozdział Wam przedstawiłam. Podobał się? :) Skończyłam pytaniem Carlosa to może Wy na nie odpowiecie. Cieszę się, że Dark Bunny dołączyła do naszych kręgów. Do piątku :*
* Witam Was ciepło :* A oto taki rozdział Wam przedstawiłam. Podobał się? :) Skończyłam pytaniem Carlosa to może Wy na nie odpowiecie. Cieszę się, że Dark Bunny dołączyła do naszych kręgów. Do piątku :*